skip to main |
skip to sidebar
Niesmak do przechwałek mam od zerówki, kiedy to postanowiłem zabłysnąć przed moją ulubioną nauczycielką swoim nowym skórzanym paskiem, z którego byłem bardzo dumny. Pamiętam, że poczułem się jakoś dziwnie, zaraz po tym, jak bez wyczucia wypaliłem – Proszę Pani, a fajny mam nowy pasek?... Nie wiem dlaczego, ale nie lubiłem tego uczucia kiedy wszyscy przerwali zabawę i patrzyli na mój nowy pasek. Od tamtej pory staram się nie zwracać na siebie uwagi w tak tandetny i mało finezyjny sposób. Daję innym swobodę obserwacji, robię swoje i niech efekty tego co robię mówią za siebie.
Dzisiaj jednak muszę odejść od tej zasady i pochwalić się tym, że moje dwa dania (przepis na jedno z nich jest tutaj) zajęły trzecie miejsce w konkursie zorganizowanym przez firmę Premier Foods dla studentów drugiego roku Foundation Degree, International Culinary Arts na Thames Valley University. Potwierdziło to, że nawet idąc lekko pod prąd można coś osiągnąć. Grejt sakses!
Pozostając w dobrym nastroju, parę dni temu Nobleva wciągnęła mnie Bareyę i Micha do zabawy w 10-te zdjęcie prezentując piękny kawałek absurdu. Posiadam parę zdjęć abstrakcyjnych, ale ujawnię je na nowym, do tego celu stworzonym blogu. Pokażę jednak piękne (moim zdaniem) zdjęcie londyńskiej sztuki ulicznej znalezione na ścianie stacji Kingsland. Podejrzewam, że obraz ma wielu autorów. Najbardziej lubię ludka w meloniku :)
Trzecia sprawa to moja stara/nowa chwilowo ulubiona pasta. Bardzo szybka i świetna na przyjęcia/imprezy przy grillu, absolutnie wykonalna w domu, ale chyba nic nie może się równać z pysznym jedzeniem na świeżym powietrzu i szklanką dobrego wina/piwa w ręce…wybór należy do Ciebie. Tak czy owak czysta rozpusta (jak sugeruje nazwa sosu*)
Linguini z sosem Puttanesca i jednominutowym, grillowanym stekiem
(2-3 porcje)
200g linguini
2 cienkie (½ cm) steki wołowe
Puttanesca:
2 średnie pomidory
1 szalotka lub pół czerwonej cebuli
10-12 oliwek (jakie lubisz)
6 listków świeżej bazylii
Łyżka oliwy z oliwek
Sól morska
Świeżo mielony pieprz
Dodatki:
Kilka plastrów papryki jalapeno ( ze słoika, w zalewie)
3-4 łyżki szybkiego sosu pomidorowego (opcja, ale wskazana haha)
Suszone płatki chilli
Natka pietruszki
Oliwa z oliwek
Żeby zrobić sos Puttanesca potnij pomidory, szalotkę, oliwki i bazylię w „niedbałe” cząstki, dopraw szczyptą soli i pieprzu, wlej oliwę i wymieszaj.
Ugotuj linguini al dente.
Rozgrzej łyżkę oliwy na patelni, wrzuć Puttanescę i podsmaż przez 3-4 minuty, dodaj papryczki jalapeno i 2-3 łyżki sosu pomidorowego. Zmniejsz ogień, podgrzej, dodaj ugotowane linguini i wymieszaj.
W międzyczasie na mocno rozgrzanym grillu (lub patelni) usmaż steki przez około minutę z każdej strony. Po usmażeniu posól i popieprz, odczekaj minutę i potnij w paski. Dodaj do linguini, wymieszaj i podawaj.
* Tylko dla bezpruderyjnych czytelników...
Najpierw pełne napięcia oczekiwanie na planowo opóźniony pociąg, potem taktyczna walka o miejsce a następnie rozluźnienie, szybki skan towarzystwa i w większości przypadków (ludzkich?) udawanie najpoprawniejszego z poprawnych obywateli-podróżnych.
Dawno nie podróżowałem polską koleją, ale pamiętam, że kiedyś miało to swój urok. Czasami wielki, szczególnie kiedy szczęśliwie udało się zająć miejsce siedzące i obserwować przez kilka godzin zachowania współtowarzyszy podróży.
W przedziale zawsze najpierw panowała lekka konsternacja a potem kanapki, napoje gazowane, napoje alkoholowe, płacz dzieci, babcie/dziadkowie namawiający podopiecznych do jedzenia zaraz po odjeździe ( jedz, jedz kochanie, bo to przecież 2 (!!!) godziny przed nami…), ktoś zasłonił się książką, ktoś zaczął jeść rybę zawiniętą w gazetę, ktoś udaje, że śpi… czy może Pan otworzyć okno, czy może Pan zamknąć okno…następna faza to szereg pytań osobistych…a wśród starszych współpasażerów poszukiwania wspólnych znajomych…
Bywało miło i słodko, bywało kwaśno, ale najczęściej tłoczno jak w puszce sardynek.
Żałuję, że nie robiłem notatek. Piękna książka mogłaby z tego powstać.
Świeże sardynki na toście (latem…)
(1-2 porcje)
4-6 świeżych sardynek
2 tosty z białego pieczywa
2 duże pomidory
1 duża szalotka lub pół czerwonej cebuli
2 łyżki odsączonych kaparów z zalewy
1 łyżeczka posiekanej natki pietruszki
Sok z ¼ cytryny
Sól morska
Świeżo zmielony pieprz
Oliwa z oliwek
Zacznij od przygotowania sardynek. Filetowanie lub jak kto woli usunięcie ości jest bardzo proste. Po usunięciu wnętrzności ułóż sardynkę między palcem wskazującym a kciukiem i przyciskaj kciukiem wzdłuż kręgosłupa co spowoduje odejście mięsa od kości a następnie delikatnie chwytając za głowę wyciągnij cały szkielet. Opłucz i wysusz ręcznikiem papierowym.
Usuń gniazda nasienne z pomidorów i pokrój miąższ w półcentymetrową kostkę a szalotkę i kapary pokrój „niedbale”.
Rozgrzej łyżkę oliwy na patelni i dodaj szalotkę i pomidory. Smaż na średnim ogniu przez 1-2 minuty. Dodaj kapary i smaż kolejne 2 minuty aż pomidory zaczną się rozpadać (ale nadal powinny mieć kształt kostki). Dopraw solą, pieprzem i sokiem z cytryny, wsyp natkę pietruszki i wymieszaj. Odstaw w ciepłe miejsce.
Rozgrzej łyżkę oliwy na drugiej patelni, połóż sardynki (skórą do dołu), posyp solą i pieprzem i smaż około minuty. Przewróć na drugą stronę i smaż następną minutę lub dwie. Kiedy gotowe, połóż je na tosty i wykończ danie mieszanką pomidorowo-kaparową.
Jedząc czuj się jak na wakacjach nad morzem…
Jako dziecko lubiłem stawać na głowie i oglądać świat z tej perspektywy. W sumie nie wiem dlaczego, ale robiłem to nałogowo. Wykorzystywałem do tego procederu wszystkie możliwe miejsca przy ścianach, na fotelach, kanapach a najbardziej lubiłem stać na tapczanie, w pokoju, który dzieliłem ze starszym bratem i przysłuchiwać się rozmowom jakie prowadził z kolegami.
Kiedy nie stawałem na głowie, zwisałem z fotela głową w dół oglądając telewizję lub przez uchylone drzwi obserwując co się dzieje w kuchni. Czytanie napisów w tej pozycji na filmach nie stanowiło dla mnie problemu, ba! wręcz wprowadzało element akcji- szczególnie w produkcjach radzieckich lub bułgarskich…
Moja koleżanka/przyjaciółka z czasów szkoły średniej miała dużo bardziej wyrafinowane zajęcie, wymagające innego spojrzenia- w dosłownym tego słowa znaczeniu…
Przyjaźniła się i korespondowała (tak, wysyłając listy - to były czasy!!!) z bardzo znanym black metalowym piosenkarzem ze Szwajcarii. Oboje byli zainteresowani magią, okultyzmem i pisaniem listów w lustrzanym odbiciu. Miałem przyjemność widzieć parę z nich. To była jazda…oboje pięknie kaligrafowali co podnosiło rangę tych listów do poziomu sztuki magiczno-użytkowej.
Tarte tatin nie jest tak piękna wizualnie jak listy mojej koleżanki, ale za to jej smak jest magiczny. Szczególnie w połączeniu z bitą śmietaną.
Gruszkowa tarte tatin
Ciasto:
175g mąki tortowej
85g masła, schłodzonego i pociętego w kostkę
1 łyżka cukru
1 żółtko
Odrobina wody
Gruszki:
6-7 (ok. 1kg) „twardawych” gruszek
100g masła
125g cukru
Ziarenka z jednej laski wanilii
Zacznij od zrobienia ciasta.
Na stolnicy lub w misce wymieszaj/połącz mąkę, masło i cukier, aż powstaną grudki wielkości kaszy gryczanej. Dodaj żółtko, 1-2 łyżki zimnej wody i zagnieć na jednolitą, elastyczną masę. Powstałą kulkę lekko spłaszcz i zawiń w folię plastikową, włóż do lodówki na godzinę.
Obierz gruszki, usuń gniazda nasienne i potnij w ósemki. Rozgrzej masło w dużym garnku z grubym dnem (ja użyłem stalowej patelni) i mieszając dodaj cukier. Gotuj na wolnym ogniu, mieszając od czasu do czasu, aż cukier się rozpuści. Lekko zwiększ ogień i gotuj przez ok. 10 minut aż cukier nabierze złoto-brązowego koloru.
Wrzuć gruszki, ziarenka wanilii i kontynuuj gotowanie przez 15-20 minut na wolnym ogniu, mieszając czasem do osiągnięcia głębokiego złoto-brązowego koloru.
Kiedy gruszki są gotowe zdejmij je z ognia i trzymaj w ciepłym miejscu. Rozwałkuj ciasto na posypanej mąką stolnicy i wytnij koło o średnicy centymetr większej od blaszki, której używasz (moja patelnia ma średnicę 25cm).
Przełóż gruszki do blaszki, zalej powstałym karmelem/sosem i przykryj ciastem wciskając krawędzie delikatnie pod gruszki.
Piecz w rozgrzanym do 220°C piekarniku przez 20-25 minut. Po wyjęciu odstaw na 5 minut a następnie przewróć/przełóż na talerz. Podawaj na ciepło z bitą śmietaną.
* Ważne! użyj płaskiej blaszki ze stałym dnem.
** Ja użyłem gruszek odmiany Komisówka.
Dom moich rodziców w czasach mojego dzieciństwa śmiało można byłoby nazwać maglem lub młynem. Przewijały się przez niego dziesiątki osób dziennie, które zazwyczaj pukały tylko dla formalności, ponieważ pukając jedną ręką, drugą od razu otwierały drzwi. Zawsze ktoś był na kawie, albo wpadł tylko na chwilę, przejazdem, zaszedł bo widział, że ktoś inny wchodzi lub po prostu miał to w planie…Kuzyni, bliżsi, dalsi, znajomi, sąsiedzi i osoby przypadkowe. W weekendy ilość osób przeważnie się zwiększała. Było żywo, czasami hucznie i wesoło…
Którejś soboty (jak co tydzień!) przyjechał mój wujek ze swoim, kilka lat młodszym ode mnie, synem Andrzejem. Niestety Andrzej w międzyczasie zmienił imię…Kazał na siebie mówić Andżin-san. Miał sześć lub siedem lat, był zafascynowany Szogunem- kultowym serialem czasów PRL-u i o ile dobrze pamiętam na spotkaniach rodzinnych był jeszcze tak nazywany jako nastolatek.
Było to moje pierwsze spotkanie z „szerokopojętą kulturą Japonii” haha. To chyba Szogun zasiał we mnie ziarenko ciekawości, żeby tam pojechać, zobaczyć, doświadczyć na własnej skórze. Tak sobie marzyłem… nie czytałem książek o Japonii- nie lubię teoretyzowania, postanowiłem, że kiedyś tam pojadę.
Szybko jednak zapomniałem o tym planie… Japonia pojawiła się następnie jakieś dwadzieścia lat później w opowieściach znajomego, który przywiózł ze swojej podróży ciekawe japońskie SKA a przy tym dużo opowiadał o niesamowitych gastronomicznych doświadczeniach.
Od tamtej pory znowu się zaczęło, ale głównie kulinarnie! Tym razem jednak moja fascynacja wzrasta powoli i stopniowo, umacnia się . Małymi kroczkami przekonuję się do kuchni japońskiej, głównie w „uzachodnionej” wersji. Fascynują mnie detale, tekstury, aranżacje, rytuały a jednocześnie prostota.
Nie wiem o niej wiele, ale jak dotychczas… jestem zafascynowany.
Dzisiaj bardzo prosto, z pozoru nieodkrywczo, ale trzeba spróbować, żeby docenić to połączenie smaków i tekstur. A poza tym - smacznie i zdrowo :)
Carpaccio z tuńczyka
(4 porcje)
5 listków świeżej bazylii
5 listków świeżej mięty
180g białej rzodkwi
50ml majonezu
2-3 łyżki mleka
1 łyżeczka jasnego sosu sojowego
½ łyżeczki musztardy
Odrobina białego pieprzu
100-120g świeżego, dobrej jakości tuńczyka
Obierz rzodkiew a następnie przy pomocy małego nożyka zacznij obierać ją tak jak obiera się jabłko, żeby poszczególne „obierki” były jak najdłuższe i jak najcieńsze. Zroluj „obierki” i dużym nożem kuchennym potnij na cienkie plasterki żeby otrzymać tzw. szyfonadę. Jeżeli nie masz tyle cierpliwości – zetrzyj rzodkiew na małych oczkach tarki. Namocz pociętą rzodkiew przez minutę w zimnej wodzie. Delikatnie odciśnij i przełóż do miski. Potnij listki bazyli i mięty w wąskie paski dodaj do rzodkwi, wymieszaj i przełóż do naczynia w którym będziesz serwować danie.
Wymieszaj dokładnie majonez, mleko, sos sojowy, musztardę i biały pieprz aby otrzymać dresing.
Potnij tuńczyka na cienkie plasterki i zaaranżuj na rzodkwi. Polej dresingiem i podawaj natychmiast.
*Wiem, że z ekologicznego punktu widzenia to niezbyt etyczne, żeby prezentować danie z tuńczyka, ale ja używam tutaj kornwalijskiej odmiany albacore, łowionej w ekologicznie odpowiedzialny sposób.
** Bazylia i mięta są substytutem liści shiso, które występuje w oryginalnym przepisie.
Przepis pochodzi z „Harumi’s Japanese Cooking” Harumi Kurihara
Zacząłem niedawno na uniwerku moduł pt. „ Culinary trends and dish development,” co w praktyce oznacza doskonalenie / rozwijanie dwóch wybranych przez siebie przepisów, dostosowanych do listy składników, narzuconej przez bardzo dużą firmę, produkującą te składniki i sponsorującą nagrodę za najlepsze danie. Problem polega na tym, że nikt z moich współstudentów nie lubi tego pomysłu a szczególnie listy składników. Mamy więc do czynienia z niewidzialnym „ruchem oporu,” polegającym na tworzeniu dań prostych, idąc wyznaczoną drogą, ale troche z boku. Co przypomina mi historię Dave’a…
Dave ma pięćdziesiąt parę lat, jest niewysoki, jego twarz może wskazywać na to iż wiele w swoim życiu przeszedł. Jego wygląd jest niedbały. Widząc go po raz pierwszy, ciężko wywnioskować, czy mamy do czynienia z hydraulikiem po pracy czy artystą w szale twórczym. Kiedy się odezwie, ton głosu i akcent wskazują na dobre wykształcenie lub urodzenie, co często jest powodem ciekawych, damsko-dave’owych historii.
Tak naprawdę jest artystą malarzem, którego życiowe kroki są tak małe, że wręcz niezauważalne. W związku z tym, większość ludzi uważa, że stoi on w miejscu i jest to powodem wielu żartów i anegdot (opowiadanych również przez niego!). Ze względu na swoje „wycofane” podejście do życia, Dave dużą jego część spędził malując ściany mieszkań, pubów i wykonując inne drobne prace.
Parę lat temu przyjechał na kilkudniowe malowanie restauracji, holu i jednego pokoju hotelowego w moim miejscu pracy. Należy jednak podkreślić, że Dave zawsze używa swoich artystycznych trików mieszania farb, technik nakładania, szukania odcieni i odpowiedniego suszenia poszczególnych warstw. W przerwach pije duże ilości herbaty i kawy a ponieważ jest bardzo otwarty na ludzi, towarzyski, zawsze ma czas, umie podtrzymać każdą konwersację (BTW jest moim ulubionym nauczycielem języka angielskiego)…po trzech miesiącach jego codziennego pobytu barmani mieli dość i musiał sam zacząć parzyć swoje napoje. W kuchni też go było pełno…po kolejnych dwóch lub trzech miesiącach, kiedy większość z nas zaczęła wątpić w zakończenie malowania, wpadliśmy na pomysł, że on kocha to co robi i w jego imieniu postanowiliśmy się tym podzielić ze wszystkimi. Kiedy następnego ranka przyszedł do kuchni przykleiliśmy mu na plecach kartkę z napisem „I love my job”… Dostał tego dnia ( ku swojemu wielkiemu zdziwieniu) wiele pochwał, kiedy w końcu (pod wieczór) wydało się, że ma coś na plecach…Sytuacja przez chwilę stała się nerwowa, podejrzanych nie trzeba było szukać – to było zbyt oczywiste;) a ostatecznie rozładowała zniecierpliwienie, jakie w nas wszystkich narastało i wszystko wróciło do normy. On skończył malowanie zgodnie z własnym – jakże relatywnym poczuciem czasu i pozostaliśmy przyjaciółmi bliższymi niż byliśmy przed…
Przyznam, że po latach doceniam jego podejście. Robi to co lubi, najlepiej jak potrafi i nie ulega żadnej presji. Czasu, otoczenia, współpracowników…
Minęło parę lat, Dave mieszka teraz na wsi, maluje obrazy, stworzył swój pierwszy animowany teledysk dla The Hightown Crows, uwiecznia ich występy na „pocztówkach”, jest zadowolony z życia… I oto chodzi, i oto chodzi…
Dzisiaj przedstawię Wam dwie wersje mojej pierwszej potrawy : marynowanego łososia na warzywnym stir-fry, które podobno nie krzyczą z talerza nazwy producenta hahaha
a) Łosoś marynowany w imbirze i czosnku
b) Łosoś marynowany w imbirze i czosnku z chrupiącą krewetkową panierką
na 3 paprykowym stir-fry
(2 porcje)
2 x 150g łososia
Marynata
30ml ciemnego sosu sojowego
10ml białego wina
2 ząbki czosnku (drobno posiekane)
½ centymetrowy plaster imbiru posiekany w drobną kostkę (lub stary na tarce)
½ łyżeczki posiekanej kolendry
Stir-fry
Olej sezamowy
20ml sosu sojowego
Marynata pozostała z marynowania łososia
Łyżka sosu rybnego (fish sauce)
2-3 ząbki czosnku (drobno posiekane)
½ cm imbiru pociętego w cienkie paski (julienne)
½ średniej cebuli pociętej w piórka
1 marchewka pocięta w słupki
½ żółtej papryki pociętej w paski
½ zielonej papryki pociętej w paski
½ czerwonej papryki pociętej w paski
120g średnio-grubego makaronu chińskiego
Łyżka posiekanej kolendry
Skórka z ½ limonki
2 łyżki pociętego w plastry pod kątem szczypioru (spring onions)
Chrupka krewetkowa panierka
20g chińskich chipsów krewetkowych
Szczypta pieprzu cayenne
Skórka starta z ½ pomarańczy
**
Zacznij od zamarynowania ryby. Połącz wszystkie składniki marynaty w małej miseczce lub talerzu, połóż na nią rybę skórą do góry i wstaw do lodówki na minimum pół godziny.
W międzyczasie przygotuj wszystkie składniki do stir-fry. Lista składników jest napisana według kolejności ich dodawania. Tak też możesz je sobie poukładać na stole – ułatwi Ci to smażenie.
Ugotuj makaron, odlej i ostudź pod zimną wodą. Odsącz, zalej łyżką oleju sojowego i dobrze wymieszaj.
Żeby zrobić panierkę, roztłucz chipsy wałkiem do ciasta w misce (lub użyj miksera), dodaj cayenne, skórkę pomarańczy i wymieszaj.
Wyjmij filety z marynaty i osusz delikatnie ręcznikiem papierowym, pozostawiając imbir, czosnek i kolendrę na rybie. Rozgrzej patelnię na średnim ogniu, dodaj odrobinę oleju i połóż filety skórą do góry. Smaż przez minutę lub dwie, aż marynata się skarmelizuje a następnie przewróć na drugą stronę i przysmaż przez 2 minuty.
Dokończ smażenie ryby pod grillem lub w rozgrzanym piekarniku przez następne ok. 6-8 minut. Wyjmij z piekarnika/grilla i odstaw w ciepłe miejsce na 1-2 minuty.
Kiedy ryba się smaży rozgrzej mocno wok,a dodaj trochę oleju sezamowego, wrzuć czosnek i imbir i smaż 20-30 sekund, dodaj cebulę i smaż mieszając przez ok. minutę. Wlej sos rybny i sos sojowy, odparuj przez chwilę, dodaj marchewkę i smaż przez 2 minuty. Wrzuć papryki i smaż kolejną minutę. Jeżeli wok jest zbyt suchy, podlewaj warzywa marynatą. Dodaj makaron wymieszaj i podsmażaj aż się podgrzeje (możesz dodać odrobinę wody- to ułatwi i przyspieszy odgrzanie makaronu). Dodaj kolendrę, skórkę z limonki i szczypior. Wymieszaj dokładnie.
Nałóż na talerze, na górę połóż łososia i zajadaj się pysznym i lekkim orientalnym lunchem!
Aby otrzymać wersję b) posyp łososia panierką przed wstawieniem do piekarnika.
* To danie wygląda na bardzo skomplikowane, ale NAPRAWDĘ nie jest. Sekret tkwi we wcześniejszym przygotowaniu wszystkich składników.
** Możesz dodać trochę panierki do stir-fry- niesamowicie dużo więcej smaku!
Znamy się już dość długo. Myślę, że już pora żebyście poznali historię Edwarda…
Edward był dobrze zapowiadającym się hiphopowcem, ale wpadł pod samochód.
Mieszkał na parterze starej, poniemieckiej kamienicy należącej nie wiadomo do kogo, ponieważ właściciel zajmował mieszkanie na trzecim piętrze, pod numerem szóstym, ale nikt go nigdy nie widział.
Edward najczęściej spotykał starszą panią spod dwójki. Niestety nie kojarzył jej twarzy, gdyż ona na jego widok przyklejała się twarzą do ściany i wycofywała do mieszkania a on robił to samo.
Zdarzało się to parę razy dziennie. Kiedy wychodził ona już tam była. Dlatego, jeżeli chciał wyjść, wychodził oknem. Spoglądał wtedy kontrolnie w swoje i jej okna, mijając wzrokiem tabliczkę z napisem ul. Czarna 66 i rzucał pod nosem: co za chory dom!?! Oczywiście, tuż nad parapetem sąsiadki zawsze wystawały siwe loki z jednym papilotem i błyszczące, trochę przestraszone, trochę podziwiające oczy.
„O co jej chodzi?” zastanawiał się głośno; „Witaj mistrzu”- mówiła w tym samym momencie uwielbiającym tonem.
Wiele razy zastanawiał się nad zmianą mieszkania, ale nigdy nie znajdował w sobie tyle determinacji, żeby doprowadzić to do końca. Czuł, że jest uzależniony od tego domu…
Ja poniekąd w równie tajemniczy sposób jestem uzależniony od Skandynawii. Dlatego dzisiaj chciałem przedstawić Wam tradycyjną tartę porową z małym „twistem”. Jest bardzo prosta i pyszna. Idealna na sobotni lunch…
Tarta na żytnim cieście z porem i fetą
(4 porcje)
Ciasto:
75g mąki pszennej
175g mąki żytniej
Szczypta rozdrobnionej soli morskiej
75g masła
125g serka typu Philadelphia
Farsz:
5 średniej wielkości porów (pociętych w plastry)
4 jajka
150g serka typu Philadelphia
150g „suchej” fety (delikatnie rozdrobnionej)*
1 łyżka posiekanego tymianku
1 łyżeczka soli morskiej
Świeżo zmielony pieprz
Zacznij od zrobienia ciasta. Przesiej mąki przez sitko, dodaj sól i masło. Połącz składniki, dodaj serek i zagnieć ciasto na jednolitą masę. Jeżeli jest zbyt suche i nie chce się zagnieść dodaj wody. Kiedy gotowe odstaw do lodówki na 30 minut.
Rozgrzej piekarnik do 180ºC. Rozwałkuj ciasto i przełóż do natłuszczonej i posypanej mąką formy (ja użyłem formy o średnicy 25cm). Ponakłówaj ciasto widelcem i zapiecz pod grillem (możesz wyłożyć papierem do pieczenia lub folią i użyć ryżu lub fasoli i piec w piekarniku przez 15 minut, potem wyjąć ryż/fasolę i piec kolejne 5 minut).
Kiedy ciasto jest w piekarniku zacznij robić farsz. Pocięte pory wrzuć do miski z zimną wodą i zostaw na 5 minut. Wyjmij z wody i osusz na durszlaku. Przełóż do garnka i zalej małą ilością wody (potrzebną tylko do wytworzenia pary) i gotuj przez 10 minut. Odlej i osusz na durszlaku.
Roztrzep jajka w misce, dodaj serek i fetę a następnie wmieszaj tymianek i obgotowane pory. Dopraw solą i pieprzem. Wlej farsz do przygotowanej formy wstaw do piekarnika i piecz przez 30 minut( ja ostatnie 5 minut piekłem w temperaturze 190°C).
Podawaj na ciepło z zieloną sałatką.
Moja szwedzka koleżanka Hannah powiedziała, że smakowało jak u mamy…
* W oryginlnym przepisie użyto fety koziej.Przepis: Trina Hahnemann „The Nordic Diet”
Wszyscy zapewniali mnie, że mam jeszcze dużo czasu, kiedy wypijaliśmy ostatnie łyki naszych drinków pod Carpenters Arms a przecież później spędziliśmy jeszcze parę godzin w Beach Blanket Babylon…
Wbiegłem szybko pod górę ruchomych schodów do połowy ich długości, kiedy zorientowałem się, że one jadą w dół…cóż zdarza się szczególnie w pośpiechu, po imprezie lub kiedy próbujemy złapać ostatnie metro, które dawno odjechało (w sumie to nic dziwnego kiedy biegnie się w przeciwnym kierunku haha)...Czasami jest tak, że to co widzimy nie jest tym co myślimy, albo to co myślimy nie jest tym co widzimy…filozoficznie z rana się zrobiło…

…parę godzin wcześniej wchodząc do BBB zostaliśmy wycałowani przez Maitre’d i usadzeni przy barze, gdzie (ku naszemu zdziwieniu) zostaliśmy lekko zignorowani przez nazbyt przejętych swoją gwiazdorską rolą barmanów. Wszystko się zmieniło kiedy pojawił się właściciel oferując nam darmową butelkę wina jako rekompensatę za zachowanie swoich pracowników. Wieczór nabierał tempa. Chwilę później przeniósł się na poziom prędkości, którymi ja generalnie nie operuję - Elliott przedstawił mnie jako fotografa FHM!! (przecież ja tylko wiem co to jest aparat!!!) nie tracąc wątku podchwyciłem temat ( jak mówiłem wcześniej nie byłem w stanie protestować) i opowiadałem o “swojej” pracy w biznesie a raczej o Feliksie Dennisie, któremu Boss podobno pożyczył pieniądze na rozkręcenie fanzina z plakatami zespołów w latach 70-tych a co parę lat późnoej przerodziło się w jedno z większych wydawnictw, wydających Maxim’a , FHM i parę innych…rozgadałem się, Robert (właściciel) stracił swoje podejrzliwe spojżenie i poprosił nas o skosztowanie jego ulubionego wina…nie wypadało odmówić.

Jak już mówiłem czasami jest tak, że to co widzimy nie jest tym co myślimy, albo to co myślimy nie jest tym co widzimy lub smakujemy. Mój dzisiejszy “sos” też jest takim tworem, który wygląda jak majonez a nim nie jest, ma jego konsystencję a smakuje inaczej. Po raz kolejny taki sam a inny:) Rouille, bo o nim mówię, to gęsty sos/puree/emulsja z ziemniaków i oliwy, który jest doskonałym dodatkiem do ryb.
Ja przygotowałem go z barweną i podałem ją na podsmażonej cukinii z pomidorowym concasse.
Filet barweny z kolendrą, koperkiem, oliwą i sosem Rouille
(2 porcje)
2 filety barweny (lub innej małej ryby morskiej)
1 drobno posiekana szalotka
1 pomidor
½ małej zielonej cukinii
2 czarne oliwki przecięte w spiralę
2 kromki bagietki
Oliwa z oliwek
Łyżeczka posiekanej kolendry
Łyżeczka posiekanego koperku
30g masła
Sól morska
Świeżo zmielony pieprz
Rouille
Szczypta szafranowego pudru
3 obrane i zblanszowane ząbki czosnku
100gr ugotowanych małych ziemniaków
½ czerwonego chilli
1 żółtko (opcjonalnie)
Sok z ¼ cytryny
50-75ml oliwy z oliwek
Sól morska
Świeżo zmielony pieprz
Pomidora sparz gorącą wodą, obierz ze skórki, przetnij na pół, wyjmij wodnistą część a miąższ potnij w małą kostkę. W ten sposób otrzymujesz concasse ( chef’oskie określenie – prawda, że dodaje daniu powagi hehe). Potnij cukinię w kostkę zbliżonej wielkości do concasse.
Żeby zrobić rouille, zmiksuj blenderem czosnek, obrane ze skórki ziemniaki, chilli, szafran i żółtko (jeżeli używasz) dodając powoli oliwy, żeby uzyskać emulsję podobną w konsystencji do majonezu. Dopraw solą, pieprzem i sokiem z cytryny. Odstaw w ciepłe miejsce.
Rozgrzej łyżkę oliwy i połowę masła na patelni, dodaj szalotkę i podsmaż aż zmięknie. Następnie dodaj cukinię i smaż minutę lub dwie, dodaj concasse, podsmaż minutę i dodaj zioła. Przypraw solą i pieprzem. Odstaw w ciepłe miejsce.
Na rozgrzanej patelni usmaż filety. W międzyczasie stostuj pod grillem lub na patelni kromki bagietki. Posmaruj je rouille.
Na talerzu ułóż podsmażone warzywa a na nich rybę i tosty z rouille. Udekoruj czarną oliwką.
Smacznego!