środa, 3 lipca 2013

Chimichurri. Najlepszy? Najlepsza? Najlepsze?

Panie! Dlaczego umieściłeś mnie w niewłaściwej epoce? – czasami zadaję to pytanie niekoniecznie patrząc w niebo. Podejrzewam, że chodzi tutaj o minimalną czasową desynchronizację aczkolwiek robiącą wielką różnicę w jakości mojego życia ;) A może to jest związane z wiekiem? Faza pytań egzystencjalnych, poszukiwanie prawdy, celu i ... sami wiecie – odkąd dorosłem do butów numer 7 nieco dokładniej rozglądam się za siebie...1


Kto wymyślił słowo najlepszy? Mam wrażenie, że nie był to najlepszy pomysł. Chociaż to nie idee są głupie a ich wypaczenia po wprowadzeniu w życie. O czym mówię? O tym, że gastronomia a co za tym idzie blogi kulinarne jako jej satelity również powinny się od idei najlepszości trzymać jak najdalej. Dlaczego chcemy być najlepsi (to jeszcze jestem w stanie zrozumieć)? Dlaczego nazywamy się najlepszymi (tego już nie rozumiem)? Czy nie wystarczyłoby być sobą, ścigać się ze sobą swoimi umiejętnościami, słabościami i tylko wymieniać doświadczeniami? Rene Redzepi powiedział kiedyś-  „Noma najlepsza? Na pewno tak, jak zapytacie moją mamę, wtedy na pewno tak”. I to jest rozumowanie, którego polecam się trzymać ;)


Uprzedzając wszystkie ewentualne próby uzmysłowienia mi, że żyjemy w bardzo konkurencyjnych czasach i każdy chce zarobić lub skapitalizować swój poświęcony czas i wysiłek, etc, odpowiadam: jestem tego świadomy, ale jako kucharz i bloger z zamiłowania do sztuki kulinarnej a nie tymczasowej „mody na gotowanie” nie zgadzam się na to. Jak dziecko w supermarkecie przy stoisku ze słodyczami rzucam się na podłogę i biję pięściami i nogami w podłogę. Protest na całego!


Ile już zarobiłeś na blogu? – zapytał mnie 5 minut wcześniej poznany człowiek na imprezie. Zdębiałem i zastanawiałem się zawzięcie czy od mojego ostatniego wyjścia na domówkę zmienił się savoir vivre? Nie po to piszę... Lajki, statystyki, ceny, rozmiary banerów, zaproszenia do telewizji śniadaniowych, .... wpisz co lubisz... – to nie jest istota blogowania, to przyjemny skutek uboczny. Szukanie czy też obwieszczanie najlepszości powoduje bezsensowne napięcia, wyścigi i czepialstwo czy pate to jeszcze pâté a może to tylko pasztet? Gotowanie wymaga wiele poświęcenia i pozytywnych uczuć a żeby być dokładnym i niestety górnolotnym – miłości a ta zaczyna się tam gdzie kończy duma, która nie pozwala nam się dzielić. A dzielenie się jest sensem zarówno gotowania jak i blogowania.


To trochę tak jak z dumnymi Brytyjczykami i ich widzeniem świata. Kanał Angielski czyli La Manche, Falklandy czyli Malwiny a po co zastanawiać się czy Falklandy to Malwiny czy Malwiny to Falklandy, lepiej wypić dobrego Malbeca w Buenos Aires jedząc steka z chimichurri i cieszyć się życiem.


A żeby tak daleko nie jechać, spróbujcie mojej, miętowej wersji chimichurri2 już teraz. Powiem tylko, że idealnie zgrywa się z burgerami z długo duszonym a potem grillowanym karczkiem jagnięcym.

Miętowe chimichurri

1 pęczek mięty
1 pęczek kolendry
4 ząbki czosnku
100ml oliwy z oliwek lub dobrej jakości oleju
2 łyżki octu sherry (może być winny czerwony)
1-2 szczypty płatków suszonego chilli
½ -1 łyżeczki soli morskiej
świeżo zmielony pieprz

Posiekaj zioła i czosnek, dodaj pozostałe składniki, wymieszaj, spróbuj, ewentualnie dodaj troszkę więcej soli, odstaw na 15-20 minut. Gotowe. Przechowuje się w lodówce 2-3 dni w stanie doskonałym a potem zaczyna tracić swój urok.

1.Wojciech Waglewski – Voo Voo – Urosłem, płyta „Z kobietami”.

2.W wersji podstawowej chimichurri to mieszanka pietruszki i oregano.

14 komentarzy:

na.oko pisze...

o, akurat przed wczoraj robilam chimichurri, tylko bez miety. musze sprobowac Twojej wersji, to juz calkowita eksplozja aromatow.

a przemyslenia podzielam, to chyba przychodzi z pewnym wiekiem i juz zostaje :)

Potravel pisze...

wpisałam do menu na przyszły tydzień:)
zapraszam do siebie na konkurs, Cookie do wygrania :)Pozdrawiam

Konwalie w kuchni pisze...

Pięknie napisane!
Bycie sobą w dzisiejszym świecie, chyba nie jest modne;)

Olka pisze...

Dobry post. Mimo, że jesteś zawodowym kucharzem, to miałam takie dziwne wrażenie mentalnego porozumienia, po co po pierwsze pisze się blog :) Ja nigdy nie chciałam mieć najlepszego bloga, miał być po prostu mój :P

A co do chimichurri to mnie dziś oświeciłeś. Zamówiłam kiedyś w knajpie coś co się nazywało stek chimichurri (teraz wiem czemu się tak nazywał) i myślałam, że to po prostu rodzaj mięsa i nigdy tego nie sprawdziłam. To się dziś doedukowałam :)

Aurora pisze...

Arku, Twój blog nie jest najlepszy, ale za to należy do ścisłego grona moich naj ulubieńszych :D

arek pisze...

Na.oko moja najlwpiej smakuje z jagniecina, ale z wolowina albo kurczakiem tez daje rade ;)

arek pisze...

Konwalie w Kuchni, no niestety chyba tak jak mowisz.. A szkoda ;)

arek pisze...

Olka, dzieki! Fajnie usluszec, ze sie ma z kims porozumienie ;)

arek pisze...

Natalio ale jak to nie najlepszy?! Hahaha! Senx:) Btw Arnie pozdrawia z Tajlandii ;)

arek pisze...

Extra! Dzieeki:)

arek pisze...

Extra! Dzieeki:)

lisiczka_bez_kitki pisze...
Ten komentarz został usunięty przez autora.
lisiczka_bez_kitki pisze...

Tak. Ja w wyścigach wolę biec w przeciwnym kierunku. Tak było w każdym rozmiarze buta. I prędzej mi się zmieni rozmiar buta niż to.

Stek. Dzięki za inspirację.

peggykombinera pisze...

Arku, jakiś czas temu doszłam do wniosku, że blogosfera stanęła na głowie. Kilka lat temu, gdy moja blogowa przygoda dopiero się rozpoczynała, zaś świat blogów nie był popularny jak dzisiaj, łatwiej było być sobą w tym wirtualnym świecie. Łatwiej było funkcjonować na swoich zasadach, bez pokus i dziwnych wabików. Łatwiej było pielęgnować swoje hobby. Mam wrażenie, że nawet treść komentarzy pozostawianych przez czytelników była inna, bogatsza, inspirująca. Brakuje mi tamtej atmosfery.
Bloga prowadzę dla siebie. Podoba mi się, że mimo upływu czasu, mój blog nadal istnieje. Często więdnie, by równie często zakwitać. Częstotliwość postów uzależniona jest od mojego nastroju, od moich potrzeb, od moich chęci i nie jest (ku mej radości) uzależniona od konieczności czy nacisków. Zdarza mi się, że świeżo poznane osoby pytają mnie wprost ile zarabiam na blogu. Mnie te pytania zaskakują za każdym razem. Czy tak ciężko zrozumieć, że nie każdy ma taką potrzebę? Jeżeli Pan Kowalski z radością biega to ów świeżo poznany delikwent zapyta Pana Kowalskiego ile zarabia na bieganiu?
Bądź sobą nadal, uwielbiam Cię czytać :)