sobota, 17 lipca 2010

Błazen w agreście

Przygniótł mnie trochę ostatnio ciężar obowiązków, które ogólnie można podzielić na bardzo- przyjemno-satysfakcjonując i stresująco-satysfakcjonujące. Do pierwszej grupy zaliczam nasz wakacyjny wyjazd a do drugiej – powrót do pracy, naukę do egzaminu i pisanie raportu dla profesora Fosketta.


Plaża, słońce, dobre jedzenie, luzzzzz, plaża, słońce, nic nie musieć - to były nasze wytyczne, które miały pomóc w wyborze miejsca na wakacje. Padało na Maltę, ponieważ… już tam byliśmy, nie mieliśmy czasu szukać ( znalezienie dobrej oferty, sprawdzenie miejsca i podjęcie decyzji to praca na cały etat!!!) a ona odhaczała wszystkie założenia.


Tak jak ostatnio, mieszkaliśmy w miasteczku Qawra na północnym wschodzie wyspy. Niestety muszę przyznać, że i my i Malta zmieniliśmy się przez te pięć lat bez siebie. Szczególnie pod względem, jak nietrudno odgadnąć – jedzenia. Otóż KLAPA. Klapa miała miejsce. Praktycznie cała wyspa funkcjonuje na wirtualnie tym samym menu: pasta, pizza, full english, fish and chips. Nawet porządną kawę trzeba tropić…

Pierwszego wieczoru trafiliśmy do restauracji Overflow i spędziliśmy tam przemiłe kilka godzin jedząc pyszne pasty w towarzystwie niezłego maltańskiego wina. Następnego wieczoru, zachęceni poprzednim, odwiedziliśmy Overflow ponownie. Oboje zamówiliśmy risotto z owocami morza. W oczekiwaniu (dobre 40 minut, 8 klientów łącznie z nami) napychaliśmy się grzankami czosnkowymi, kiedy nagle (haha) na stół wjechało „risotto” czyli ryż ugotowany w wodzie (jakieś 300g w każdej porcji lub więcej!!), wymieszany z bezsmakowym sosem pomidorowym, jedną całą krewetką królewską, dwoma nowozelandzkimi muszlami i garstką mrożonej mieszanki. Co tu robić? Co tu robić? Mówiły nasze miny. Stwierdziliśmy, że niestety nie da się tego zjeść nawet z sympatii do poprzedniego wieczoru. Postanowiliśmy to oddać, zamienić na cokolwiek innego – jadalnego. Niestety właścicielka lokalu nie potrafiła poradzić sobie z sytuacją, twierdząc, że to ryż, czyli to co zamawialiśmy. A my na to: Tak, to jest oczywiście ryż ( nawet dwa gatunki!!), ale nie RISOTTO.


Oskarżeni o zjedzenie krewetek ( ja swoją tylko wyjąłem ze skorupki), zapłaciliśmy połowę rachunku, przeszliśmy na drugą stronę ulicy do konkurencji.

Był to pierwszy raz w moim życiu, kiedy nie zjadłem zamówionego posiłku. Ja naprawdę mam szerokie granice tolerancji, nigdy nie popisuję się, że jestem kucharzem i nie oceniam, ale to… było robienie z nas głupka.
Trzeciego dnia odnaleźliśmy system satysfakcjonujący nasze kubki smakowe i do końca pobytu stołowaliśmy się w restauracjach chińskich i hinduskich (!!!). Chińska była porównywalna z moją ulubioną na Bayswater a hinduska dorównywała Punjab w Covent Garden.

Wracając do kawy (oboje jesteśmy nałogowymi kawoszami), kiedy udało nam się ją znaleźć, była… pyszna, aromatyczna, niebo w gębie, ambrozja a na dodatek znajdowała się w oszałamiającej wyborem, lodziarnio-cukierni prowadzonej przez Włocha, który nie mógł się nadziwić jak dwie osoby mogą TYLE zjeść. Polecam wszystkim Dolci Peccati, Sliema, Malta.

Aha zapomniałem dodać, że oprócz tego wyjazd był bardzo udany, świetny i za krótki.

Po powrocie zostałem poproszony przez mojego pracodawcę o przygotowanie kilku nowych, letnio-wakacyjnych deserów. Postawiłem na prostotę i świeżość. Oto jeden z nich – gooseberry fool czyli jak kto woli agrestowy głupek lub błazen. Wybrałem go chyba ze względu na nazwę, która bardzo pasuje do mojego obecnego stanu zadowolenia z okazji zdania egzaminu i napisania raportu. Wreszcie wakacje!!!


Gooseberry fool
(4-5 porcji)

500g agrestu (bez ogonków i szypułek)
125g cukru
Łyżka wody
3 łyżki syropu z dzikiego bzu
Łyżeczka startej skórki pomarańczy
250g jogurtu greckiego
250ml śmietany kremówki

Wrzuć agrest, 100g cukru, skórkę pomarańczową, 2 łyżki syropu z bzu i wodę do rondla/garnka. Przykryj pokrywką i zagotuj. Zamieszaj, przykryj ponownie i gotuj na małym ogniu przez ok. 10 minut, aż agrest zmięknie. Ostudź a następnie wstaw do lodówki dla kompletnego wystudzenia/oziębienia.

Trzepaczką ubij na sztywno jogurt ze śmietaną, łyżką syropu z bzu i pozostałym cukrem. Dodaj ¾ agrestu (bez syropu) i wymieszaj. Jeżeli masa rozrzedziła się, ubij jeszcze raz. Nałóż do naczyń w których będziesz serwować a na górę dodaj pozostały agrest, polewając odrobiną powstałego syropu. Wstaw na godzinę lub dwie do lodówki a następnie podawaj.

Bardzo wakacyjny i odświeżająco-orzeźwiający deser. Polecam szczególnie tym, którzy nie lubią agrestu. Pierwszy krok do waszej z nim długiej i "owocnej" przyjaźni ;)

12 komentarzy:

maja miusow pisze...

relacja smakowita jak zawsze:)
co do niezadowolenia z zamowionego posilku-mi zdarzylo sie to wiecej niz jednokrotnie; najgorszy koszmar kulinarny mial miejsce w zeszle wakacje, w nadmorskiej knajpce w hiszpanii, prowadzonej przez anglikow. tak-anglikow;) skuszeni informacja ze w lokalu mozna dostac nietypowy dla hiszpanskiego wybrzeza przysmak (i przy tym uwielbiana przez mojego bf)-watrobke, weszlismy, i... pozalowalismy. jego wymarzona watrobka byla praktycznie niejadalna, a moje spagetti nie mialo pojecia o tym, czym wlasciwie byc powinno, wiec bylo kupa rozgotowanego makaronu z rozcienczonym keczupem. do tego czekalismy na nasz posilek ok 40min zabawiani rozmowa z podstarzala angielska kelnerka sypiaca z rekawa angielskimi dowcipami, ktora nerwowo zerkala w strone kuchni.slyszalam ze angielska kuchnia nie jest najlepsza na swiecie,ale ze az tak:P

asieja pisze...

Malta.. słyszałam same przyjemne opowieści o tym miejscu.
risottowa historia do zapomnienia..;-)

a deser jest cudny. skoro ma przekonać nie lubiących agrestu do jego polubienia.. to ja już wiem, że jest pyszny, bo go uwielbiam. krzaczki w ogrodzie już sie uginają od ilości owoców, chętnie zrobię taki deser.

Amber pisze...

Takich wpadek mogę podać bez liku...
Ale na Malcie chińskie i hinduskie jedzenie?!
Fool fajny.Robię podobny.A zauważyłam,że każdy prawie przepis jest z syropem z bzu.Ja go pomijam.

zielenina pisze...

oj tak, nasza wyprawa 3 lata temu na Maltę też była jednym wielkim rozczarowaniem kulinarnym. Nie licząc kilku przebłysków dobrego smaku głównie w Valettcie bida z nędzą. A do tego te straszne angielskie śniadania. Na szczęście przynajmniej jest co obejrzeć :)
Fajny deser, szkoda, że mi się akurat skończył agrest!

Polka pisze...

Arku dzięki! Będę wiedziała gdzie NIE jechać, jak już w końcu gdzieś zdecydujemy się pojechać :)
Zdjęcia super.
Wiesz co chyba jednak nie zaproszę Was na obiad bo Ty masz wysublimowany gust kulinarny i potem o mnie posta napiszesz bo to takie modne ostatnio :DD
Pozdrowienia i nie daj się pracy!
Może w przyszły weekend jakiś mały melanż? :)

buruuberii pisze...

Na poczatku chcialam napiasc "fajne wakacje, dobrze Wam" :0 ale gdy doczytalam do konca, zrozumialm ze nie do kobca, fish&chips to pewnie macie lepsze u siebie :) Najgorsza jest wiesc o kawie, to w sumie nie zacheca... Moze chociaz slonce sie postaralo? Pozdrowienia sle, a agrest w formie koktajlu, no ba! :)

Emma pisze...

Przyjechaliśmy do Chin i karmieni na początku samym chińskim jedzeniem zaczęliśmy poszukiwania tzw. western food, no bo ileż można w kółko na tym ryżu :) marzyła nam się pasta i pizza, a mojemu mężowi dodatkowo wielki stek. W ciągu półtora tygodnia odwiedziliśmy na prawdę sporo knajp oferujących takie oto dania... koszmar! albo za tłuste, albo za słone, albo dla odmiany-nie słone, albo brie w kolorze żółtym o smaku sera topionego, albo pizza smażona na patelni (stek również był...-nie wart wspominania) no wymieniać można w nieskończoność... I wcale nie jestem jakaś wybredna i szalona na tym punkcie! Nie rozumiem jedynie dlaczego, jeśli ktoś nie potrafi upiec pizzy oferuje ją w swojej karcie, jeśli nie ma dostępu do brie to proponuje, że taki poda, jeśli nie wie, co to risotto, takowe przyrządza... U nas historia zakończona pełnym żołądkiem, bo kiedy już poddaliśmy się i uznaliśmy, że ok, będziemy żyć na ryżu i żywić się pałeczkami, oczom naszym ukazała się włoska knajpa, z jedzeniem, tak pysznym, że nie miałam nawet okazji spróbować takiego w Europie. Innym western food już nie ufam :)

Anna Maria pisze...

Byłam na Malcie raz, z 10 lat temu i pamiętam, że już wtedy z jedzeniem nie było za dobrze. Ale miała za to inne walory:-)
Gooseberry fool to jak na razie dla mnie najlepsza forma spożywania agrestu:-) Ale jedliśmy w tym roku tylko raz, bo jednak ta śmietana i cukier;-)

arek pisze...

Pochwalilem sie , ze niby wakacje i wiecej czasu a tu prosze! nawet na komentarze odpowiadam z poslizgiem ...:)

Maju,
mysle ze ta konkurencje ze mna wygralas hehe, ale co by tu o Anglikach nie mowic sa mistrzami automarketingu, nie prawdaz?

Asiejko,
tak, zdecydowanie do zapomnienia, chociaz, tak naprawde mamy duzo zabawy w odgrywaniu scenki z pania wlascicielka jako mini kabaretu ;)
A deser polecammmniam

Amber,
chinska byla juz ostatnio a teraz przybylo im duzo konkurencji, natomiast hinduska byla zupelnie nowa.
Zgadza sie prawie kazdy przepis ma bez, ale jezeli ty wolisz bez...:)))
Ja uwazam, ze to uzupelnia i wzbogaca smak.

Zielenina
Zgadzam sie w 100%. Dla ciebie to musial byc koszmar, jako wegetarianki. W samolocie siedziala za nami hinduska (wegetarianka), ktora zaraz po starcie powiedziala "bye,bye pasta and pizza..." i zaczela radosnie sie smiac.

Polko,
jak nie przestaniesz mowic, ze mam wysublimowany gust to napewno napisze posta !! :DD
A melanz brzmi zachecajaco i bardzo prawdopodobnie hehe

Basiu,
tak w ogole to dzieki za spotkanie, bo chyba swiniak jeden nawet nie podziekowalem/podziekowalismy. Nastepnym razem pogadamy wiecej;)
A wyjazd byl udany, naprawde tyle ze w zwiazku z iloscia zjedzonych weglowodanow macznych musze teraz zbijac wage hehe

Emma
zgadzam sie zupelnie z tym co mowisz "jeśli ktoś nie potrafi upiec pizzy oferuje ją w swojej karcie, jeśli nie ma dostępu do brie to proponuje, że taki poda, jeśli nie wie, co to risotto, takowe przyrządza..." bo to o co nam chodzilo. Gdyby danie w karcie nazywalo sie riso byloby to ok, ale mialem ochote na risotto!
Aha czytalem o Twojej podrozy-bede sledzil:) Powodzenia

Aniu
dokladnie - ma inne walory- i dla nich tam bylismy :))

arek pisze...
Ten komentarz został usunięty przez autora.
buruuberii pisze...

Arku, nie ma sprawy, ja to czesto w biegu, wiec niczego sobie nie wyrzucaj :-)

Kasia pisze...

"Plaża, słońce, dobre jedzenie, luzzzzz, plaża, słońce, nic nie musieć" - ooo tak Arku! właśnie dlatego uwielbiam wakacje :)
no nieźle, na Malcie chińskie i indyjskie jedzenie... szkoda, że jak jakieś miejsce robi się popularne turystycznie to zaczyna zanikac lokalna tradycja, potrawy... zamiast tego robią jakieś bezsmakowe dania pod turystów! ale dobrze, że wyjazd się udał, mimo takich przygód jak ta z risotto :)) pozdrawiam Arku wakacyjnie!