poniedziałek, 26 września 2011

Gdyby stoliki umiały mówić…

Czy zastanawialiście się nad tym co dzieje się w restauracji po jej zamknięciu? Czy ona ma jakieś drugie życie, drugą twarz? Większość z nich po prostu stoi pusta i czeka na kolejny dzień, ale ja znam takie miejsca, które powracającym tam następnego dnia szefom i kelnerom nie koniecznie kojarzą się z numerami stołów czy daniami jakie zostały na nich skonsumowane.


Zacznijmy jednak od tego co może się zdarzyć w trakcie godzin otwarcia. W „mojej” restauracji mieliśmy a w zasadzie mamy stolik, umieszczony tuż pod sufitem z widokiem na całą salę, przy którym można usiąść po turecku lub leżeć na poduchach, nazywamy go Hippie. Kiedyś miał (co prawda przeźroczystą, ale…) zasłonkę i chętnie był okupowany przez pary. Zasłonka sprawiała wiele problemów. Prozaicznie utrudniała swoją obecnością typową pracę kelnerską lub odsłonięta w dobrej wierze ukazywała nieoczekiwane, zaskakujące i szokujące akty sztuki najczęściej miłosnej. Zasłonka została zdjęta, dlatego Hippie przestało być Hippie a coraz częściej jest dwunastką…


Kiedy wychodzi ostatni klient w uszach gra piękna cisza a świat na chwilę staje, czujemy się wolni. Po chwili muzyka zaczyna cicho sączyć się z głośników, na barze ustawiają się drinki i pijemy za…marzenia. Nic lepiej nie koi bolących nóg oraz ran na duszy i ego poniesionych w walce z wieczornym tłumem klientów niż „staff party” po zamknięciu. Można wytłumaczyć wcześniejsze nieporozumienia, ponarzekać na klientów (nie okłamujmy się, kiedy przekraczamy próg restauracji zawsze jesteśmy MY-załoga i ONI –klienci lub odwrotnie haha), czy pogłębić znajomości lub znaleźć swoją drugą połówkę (czego byłem niejednokrotnie świadkiem). On, Ona i stół numer dziewięć to był romans ostatniego dnia. Oboje wyjeżdżali z Londynu, Ona w podróż po Europie a On dookoła świata, iskrzyło między nimi od tygodni wybuchło nagle…
Ostatnio nie mamy zbyt wielu romansów, no może poza tym jednym do moich azjatyckich żeberek. Kocha je załoga a klienci bez zażenowania oblizują palce przy stole.


Dalekowschodnie żeberka „palce a nie pałeczki lizać”
(4-5 porcji)

2kg żeberek
220ml soku wyciśniętego z pomarańczy
90ml ciemnego sosu sojowego
4-5 łyżek płynnego miodu
6cm korzenia imbiru obranego i pociętego w plastry
4 gwiazdki anyżu
6 strąków/orzeszków zielonego kardamonu
6 ząbków czosnku, lekko rozgniecionych
1-2 papryczki chilli

Rozgrzej piekarnik do 170ºC.

Żeberka potnij na pojedyncze lub podwójne kawałki i ułóż w głębokiej blasze do pieczenia. Wymieszaj ze sobą pozostałe składniki, zalej powstałą zalewą żeberka, wymieszaj i przykryj blachę folią aluminiową. Wstaw do piekarnika na 2 godziny.

Zdejmij folię, zwiększ temperaturę do 220 ºC i piecz przewracając i polewając mięso zalewą przez 50-60 minut aż sos zgęstnieje a żeberka będą zglazurowane.

Podawaj z ryżem i zieloną fasolką szparagową.

środa, 14 września 2011

Remedium na "coś bym zjadł"

To zawsze zaczyna się niewinnie a potem męczy godzinami. Mały impuls głodu/ łakomstwa na potrzeby tego posta nazwany miłością do jedzenia daje o sobie znać. Najpierw się go ignoruje, potem stara się o nim zapomnieć a następnie przyłapujemy się na powtarzaniu mantry „może coś słodkiego, może coś słonego, może coś hmmm… dobrego”.


Chodząc, siedząc, patrząc w okno, komputer czy telewizor nie możemy się go pozbyć. Najpierw nieśmiało a potem coraz bezczelniej i częściej zerkamy w stronę kuchni, żeby w końcu tam pójść i kilkakrotnie otwierając i zamykając wszystkie szafki nadal powtarzać „może coś słodkiego, może coś słonego, takiego…no… dobrego!”


Często Wam się zdarza, że chcielibyście coś zjeść, ale nie wiecie co? Znalazłem na to antidotum. Słodko-wytrawny placek z figami szynką parmeńską smakuje o każdej porze dnia i nocy, na zimno i na ciepło a na dodatek jest prosty w przygotowaniu. Niestety jest podejrzenie, że uzależnia- moja żona twierdzi, że może zjeść metr kwadratowy za jednym podejściem….



Placek z figami i szynką parmeńską
(6 porcji)*

250g mąki
1 łyżeczka proszku do pieczenia
½ łyżeczki soli
¼ łyżeczki gałki muszkatołowej
50g plastrów szynki parmeńskiej (drobno pociętych)
4 figi pocięte w ćwiartki
2 jajka
50ml mleka
1 łyżka oliwy z oliwek extra virgin + 1-2 łyżki do skropienia przed pieczeniem
1 łyżka masła
½ czerwonej cebuli pociętej w piórka

Rozgrzej piekarnik do 180ºC.
Wyłóż blachę do pieczenia papierem i lekko posmaruj olejem.

Żeby zrobić ciasto wymieszaj mąkę, proszek do pieczenia, sól i gałkę muszkatołową a następnie dodaj jajka, mleko, oliwę i masło. Mieszaj aż składniki połączą się a ciasto będzie miało gęstą konsystencję, wtedy dodaj szynkę i lekko je zagnieć. Ułóż na blasze i uformuj prostokąt, następnie zaaranżuj na nim figi i cebulę. Skrop oliwą. Piecz przez 35-40 minut na środkowej półce piekarnika.

Po wyjęciu lekko ostudź, potnij na kwadraty i podawaj.
Pyszne również na zimno ze szklaneczką czerwonego wina…

* Mój placek miał rozmiar ok. (30cm x 20cm)



środa, 7 września 2011

Czego człowiek nie dosłyszy...to sobie dopowie

Praca w międzynarodowym i wielokulturowym towarzystwie ma wiele wad i zalet. Nie mówię, że jest trudniejsza- jest bardziej wymagająca, szczególnie na początku. Żarty mogą zostać źle zrozumiane, stanowczość może okazać się agresją a gesty sympatii odebrane jako obraźliwe. To jednak temat na pracę z zarządzania zasobami ludzkimi a moje doświadczenie to raczej duży zbiór zabawnych historii, wpadek sytuacyjno-językowych, prowadzących do jednego wniosku: wyrażaj się jasno, potwierdź, że zostałeś zrozumiany i nie zostawiaj niczego na domysł.


Bardzo lubię obserwować minę naszego marokańskiego* kolegi rozmawiającego przez telefon z kelnerami przekazującymi dodatkowe życzenia klientów. Jeżeli życzenie jest proste- nie ma problemu, ale przy bardziej skomplikowanym mamy na jego twarzy piękną gamę idealnie przechodzących jedna w drugą min. Od uprzejmego uśmiechu przez konsternację z bezmyślnym przytakiwaniem do ewidentnego braku zrozumienia i paniki (w tym momencie przestaje przytakiwać i bez słowa przekazuje mi słuchawkę).


Kilka tygodni temu poproszony o miętę (mint) wysłał kilka kawałków pieczonej wołowiny (meat), ale największym przebojem było opisanie sosu z masła orzechowego jako penis sos (peanut sauce) !! Wczoraj wrócił z wakacji, nie było go prawie dwa miesiące, to wystarczająco, żeby wypaść z rutyny i odzwyczaić się od języka - czekam na efekty ;))

Sos z masła orzechowego
2 łyżki oleju słonecznikowego
2 szalotki (drobno posiekane)
2 ząbki czosnku (drobno posiekane)
2cm kawałek świeżego imbiru (starty na najmniejszych oczkach tarki)
1 czerwona papryczka chilli (drobno posiekana)
250ml mleczka kokosowego
1 łyżeczka brązowego cukru
150g masła orzechowego z kawałkami orzeszków
Łyżka posiekanej kolendry (opcja)
Mała szczypta soli morskiej (opcja)

Rozgrzej olej na średnim ogniu, dodaj szalotki i podsmaż aż zaczną mięknąć, uważając żeby nie przypalić. Następnie dodaj czosnek, imbir i chilli i podsmaż przez 2-3 minuty, wlej mleczko kokosowe. Kiedy zacznie się gotować zdejmij z ognia i wmieszaj masło orzechowe, kolendrę i sól. Jeżeli wydaje ci się za gęste dodaj trochę gotującej się wody.

Podawaj z marynowanym mięsem z grilla.

Ja najbardziej lubię go z wołowiną lub piersią kurczaka pociętymi w długie paski i marynowanymi przez noc w zalewie (przepis na kg mięsa):
100ml oleju słonecznikowego
2 łyżki oleju sezamowego (opcja)
1-2 drobno posiekane chilli
2-3 rozgniecione ząbki czosnku
2-3 łyżki sosu sojowego


* Tak naprawdę jedynego Brytyjczyka w zespole.

piątek, 19 sierpnia 2011

Sałatka z gotowaną szynką, soczewicą i brzoskwinią

Obudziłem się dzisiaj z przekonaniem, że jest czwartek. Jest piątek, umknął mi gdzieś jeden dzień. Od poniedziałku codziennie śpię do południa a resztę dnia spędzam na minimalnym wysiłku. Jem dobre rzeczy, gapiąc się w telewizor i codziennie próbując dotrzeć na wystawę prac Touluse Lautrec’a. W środę byłem już bardzo blisko, tuż za rogiem galerii, ale nagła i niepohamowana żądza zjedzenia sushi uniemożliwiła mi (nam) zrealizowanie tego jedynego poważnego wakacyjnego planu. W tym wypadku zgadzam się z twierdzeniem, że planowanie jest przereklamowane…


Mam urlop, całe siedem dni (!!!), ale czuję, że te siedem dni to tylko czas mentalnej i fizycznej rekonwalescencji, powrotu do rzeczywistości.
I właśnie jedynym wysiłkiem (nie tak znowu wielkim z resztą) jaki mam zamiar podjąć, będzie zamieszczenie tego posta. A zaraz potem – bałwanienia się ciąg dalszy. Jak mówią Anglicy: I am very busy, doing nothing!


Sałatka z gotowaną szynką, soczewicą i brzoskwinią
(4-6 porcji)

500g surowej szynki lub karkówki ugotowanej w bulionie warzywnym
125g zielonej soczewicy (np. Le Puy)
4 dojrzałe brzoskwinie
Sok z ¼ cytryny
Oliwa z oliwek
Mały pęczek pietruszki

Dresing:
1 łyżka białego octu winnego
4 łyżki oliwy z oliwek
4 łyżki śmietany 36% (creme fraiche)
Mały pęczek bazylii (ok. 20 listków)
Sól morska
Świeżo zmielony pieprz

Zalej mięso bulionem i gotuj na wolnym ogniu przez 1-1½ godziny aż mięso będzie miękkie i „rozpływające się w ustach”. Zdejmij z ognia, odstaw do przestygnięcia. Tuż przed podaniem wyjmij z bulionu i „porwij” na kawałki.

W międzyczasie, kiedy mięso stygnie, gotuj soczewicę w niesolonej wodzie przez 25 minut (tak, chodzi o efekt al dente). Następnie odcedź, posól, zalej odrobiną oliwy i wymieszaj, żeby równomiernie rozprowadzić oliwę. Odstaw na później.

Przetnij brzoskwinie na pół, wyrzuć pestki a każdą połówkę przetnij na 3-4 części. Zalej sokiem z cytryny i odstaw na później. Połowę pietruszki „potnij z grubsza” a z reszty oderwij listki.

Zrób dressing. Wymieszaj ocet winny ze szczyptą soli a następnie dodaj śmietanę i oliwę. Ubij składniki na gładką masę a na koniec dodaj drobno pociętą bazylię. Przypraw pieprzem.

Przed podaniem wymieszaj soczewicę z mięsem, pietruszką, brzoskwiniami i dresingiem. Dekorując listkami pietruszki i dodatkową łyżką dresingu.

* Przepis: Nigel Slater.

czwartek, 11 sierpnia 2011

Fondant czekoladowy perfumowany anyżem z sosem kawowo-czekoladowym

Ci, którzy czytają mnie od początku zapewne zauważyli moją tendencję do znikania w czasie sezonów urlopowych. Tradycji stało się zadość również w tym roku. Tak, byłem w bardzo gorącym miejscu, pełnym dobrego jedzenia, gdzie wino lało się strumieniami a przy okazji uprawiałem sporty ekstremalne. Aaach! Wakacje!! Gorąco było za oknami a jeszcze goręcej między grilem a piekarnikiem, wino lało się strumieniami tylko do gotowania, ekstremalne było wytrzymanie zmiany w temperaturze 53ºC na mojej stacji a jedyny czas wolny jaki miałem przez ostatnie dwa tygodnie z ledwością starczał na odespanie zmęczenia.


Kiedy byłem bliski zakończenia swojej kampanii na rzecz „wyzwolenia haczyków od kartek z zamówieniami” i marzyłem o odpoczynku dowiedziałem się o zamieszkach, butelkach z benzyną i całym idiotycznym kryminalnym zamieszaniu, które ogarnęło Londyn. Mimo tego, że moja dzielnica szczęśliwie nie została dotknięta tym szaleństwem na szerszą skalę nie jest miło widzieć barykady przed centrum handlowym lub słyszeć o tym, że położona w sercu Notting Hill dwugwiazdkowa restauracja The Ledbury została napadnięta przez zamaskowanych bandziorów, którzy próbowali okraść klientów. Szczęśliwie kucharze uzbrojeni w wałki do ciasta i inne narzędzia kuchenne (nie noże) przegonili intruzów.* Brawo!


Jakby przewidując całą napiętą sytuację przez ostatnich kilka dni tworzyłem bombę. Kaloryczną. Tak naprawdę to bazując na klasycznym przepisie na fondant czekoladowy stworzyłem swój fondant z dodatkiem anyżu z sosem kawowo-czekoladowym.


Wpadłem na to przypadkowo kładąc kawałek gorzkiej czekolady obok gwiazdek anyżu na półce na wysokości mojego nosa w chwilę po wypiciu ostatniego łyka espresso. Brzmi to naiwnie i nieprawdopodobnie, ale trzeba pamiętać, że najbardziej nieprawdopodobne historie pisze życie…
Przygotujcie swoje kubki smakowe na aksamitną rewolucję!


Fondant czekoladowy perfumowany anyżem z sosem kawowo-czekoladowym
(6 porcji)

Fondant:
150g masła + do smarowania foremek
6 gwiazdek anyżu (rozbitych w moździerzu)
150g czekolady 70%
3 całe jaja
3 żółtka
70g cukru
45g mąki (przesianej przez sitko) + do oprószenia foremek

Sos czekoladowo-kawowy:
50g śmietanki
50g mleka 3.2%
75g czekolady 70% (rozdrobnionej)
100g świeżo zaparzonego espresso

Zacznij od przygotowania foremek. Posmaruj je dokładnie miękkim masłem (najlepiej używać dłoni, ponieważ pędzelki z włosia mogą zostawiać włosy a silikonowe moim zdaniem są niedokładne) a następnie posyp mąką. Żeby to zrobić wsyp łyżkę mąki do miseczki i obracając ją w dłoni dokładnie oprósz ścianki a nadmiar wystukaj do następnej miseczki, w ten sposób na ściankach pozostanie tylko cienka warstwa.

Rozpuść masło w metalowej misce umieszczonej na garnku z gotującą się wodą, dodaj anyż, zestaw z ognia i odstaw na 15 minut. Przelej masło przez sitko do miseczki. Umyj i wytrzyj metalową miskę i rozpuść w niej czekoladę (w ten sam sposób co masło), dodaj rozpuszczone, aromatyzowane masło i wymieszaj na gładką masę. Zdejmij z garnka, odstaw na chwilę, żeby masa lekko ostygła.

W międzyczasie ubij mikserem jaja, żółtka i cukier do momentu aż masa będzie gęsta i puszysta (przy wyciąganiu łopatek powinna tworzyć gęsty nieprzerwany, miękko opadający na powierzchnię strumień). Następnie powoli dodaj rozpuszczoną czekoladę z masłem mieszając plastikową spatulą/łopatką. Na koniec wmieszaj przesianą mąkę. Nalej równe ilości ciasta do wysokości ¾ małych żaroodpornych miseczek ceramicznych (ja użyłem 120ml) i wstaw do lodówki na minimum 2 godziny.

Żeby zrobić sos wymieszaj ze sobą wszystkie składniki w rondlu i podgrzewaj aż czekolada się rozpuści a sos nabierze „gęstawej” i aksamitnej konsystencji.

Rozgrzej piekarnik do 200ºC, ułóż foremki na blasze i piecz przez 10-12 minut aż góra fondanta się zetnie a boki zaczną odstawać od foremki. Wyjmij i odstaw na minutę. Przełóż na talerze, polej sosem kawowo-czekoladowym i podawaj z gałką loda waniliowego. Następnie zapisz się na siłownię, albo idź pobiegać a najlepiej usiądź w fotelu i obejrzyj dobrą komedię ;)


*źródło bighospitality.com (10.08.2011)

środa, 27 lipca 2011

Niesamowite polędwiczki wieprzowe z quinoą i jogurtem imbirowym

Kuchnia jest na pierwszym piętrze, jedzenie zsyłane jest windą na parter, komunikujemy się telefonicznie. Dzwonek telefonu w barze i restauracji ma dwa brzmienia. Długie biiiip-biiiip dla rozmów wewnętrznych i krótkie bip-bip-bip dla zewnętrznych. Prawie wszyscy nowi kelnerzy i barmani długo nie mogą się uporać który jest który. Generalnie odbierają telefon i na jednym wydechu mówią dobrywieczornazwęrestauracjiktomówiiwczymmogępomóc. I tak za każdym razem kiedy próbujemy się czegoś od nich dowiedzieć. Raz, dwa, noo trzy są zabawne, ale kiedy zmówienia nie mieszczą się na hakach to przestaje to być śmieszne.


Dzwonię na dół i znowu słyszę dobrywie…, dość! Sięgam po sprawdzony i nas już nie bawiący sposób nauki rozróżniania dzwonków. Używałem go dziesiątki razy, nawet nie wierzę, że się ktoś nabierze. Beznadziejnie udawanym włoskim akcentem mówię: dobry wieczór czy mogę zamówić na wynos? -Eee, proszę poczekać, chyba tak. Słyszę, że pyta kogoś czy robimy na wynos. - Robicie, robicie, zawsze biorę to samo, cztery linguini, dwa penne i pizzę. -Mogę adres? Podaję i czuję rosnące zwątpienie wyczuwalne nawet przez słuchawkę. Nie wytrzymuję i zaczynam się śmiać…Słyszę: bastards! i śmiech…


W kuchni też zdarzają się niezłe przypadki. Szczególnie dobrzy są pomocnicy/zmywacze. To chyba za sprawą przekonania, że każdy może to robić i że jest to mało przydatna i bardzo drugoplanowa praca w związku z czym ich podejście bywa mało poważne. Jak się często okazuje – niesłusznie.


Nasz najnowszy nabytek jest magnesem na nieprzewidywalne i najczęściej niezależne od niego wypadki losowe, które barwnie i szczegółowo relacjonuje po przyjściu. Porody, zalane wodą ulice, kordony policyjne są jego najczęstszymi powodami, które powstrzymują go przed pojawieniem się na czas a jednostka czasu, którą się posługuje to „ze 40 minut”, które w realnym czasie oznacza przynajmniej półtorej godziny. Postanowiliśmy zabawić się w jego fantazyjną grę, bo jak mówią słowa piosenki „fantazja, fantazja jest od tego, aby bawić się, aby bawić, aby bawić się na całego...” Jako najbardziej doświadczonego w ekstremalnych przygodach, postanowiliśmy wysłać go po parę halal polędwiczek wieprzowych do muzułmańskiego rzeźnika. Poszedł. Długo go nie było, ze 40 minut, ale wrócił z uśmiechem na twarzy i polędwiczkami w torebce plastikowej… z Tesco. Tam go skierował rzeźnik. Taka jest wersja oficjalna. Już się nie spóźnia, 5 minut to nie spóźnienie ;)


A oto przykład, że można przygotować wieprzowinę w bliskowschodni sposób.

Niesamowite polędwiczki wieprzowe z quinoą i jogurtem imbirowym
(4-6 porcji)

2 polędwiczki wieprzowe (oczyszczone z tłuszczu i osuszone ręcznikiem papierowym)
4 łyżki oliwy z oliwek
3½ łyżki mielonego kminu rzymskiego
1½ łyżki cynamonu
5 łyżek startego świeżego imbiru
6 gwiazdek anyżu
300g quinoa lub kuskus
2 garści rodzynek sułtańskich
Starta skórka i sok z 1 cytryny
10-15 listków mięty (drobno pociętych)
300g jogurtu greckiego
Sól morska
Świeżo zmielony pieprz
Olej do smażenia

Rozgrzej piekarnik do 190ºC.
Wymieszaj oliwę, 3 łyżki kminu rzymskiego, cynamon i 3 łyżki imbiru dodając szczyptę soli i pieprzu. Rozgrzej mocno 2 łyżki oleju na patelni, posmaruj polędwiczki małą ilością oleju i dopraw wstępnie solą i pieprzem. Podsmaż na patelni przez 4-5 minut ze wszystkich stron, żeby się zbrązowiły. Przełóż na blachę do pieczenia i posmaruj przyprawami. Na blasze ułóż gwiazdki anyżu a na nich polędwiczki. Wstaw do piekarnika na 25-30 minut albo do momentu kiedy po nakłuciu w najgrubszym miejscu wykałaczką popłynie czysty „wodnisty” sok. Wyjmij i odstaw na 5-10 minut w ciepłe miejsce.

W międzyczasie ugotuj quinoę zgodnie z zaleceniami na opakowaniu producenta. Na ostatnie 5 minut gotowania wrzuć do garnka rodzynki, startą skórkę i wlej sok z cytryny. Przed podaniem wmieszaj miętę.

Wymieszaj pozostałe 2 łyżki imbiru i pół łyżki kminu z jogurtem. Dodaj odrobinę soli do smaku.

Podawaj w dobrym towarzystwie :)

środa, 20 lipca 2011

Saag Aloo czyli aromatyczny szpinak z ziemniakami

Dawno nie byłem w mojej ulubionej hinduskiej restauracji. Czasami za nią tęsknię tak mocno, że czuję smaki na języku. Pierwszy raz byłem tam z polecania Boss’a, który dodatkowo podpowiedział mi kilka dań wartych spróbowania. Saag Aloo- ziemniaki ze szpinakiem, Daal Saag- szpinak z soczewicą i dania a pieca tandoor.


Mieliśmy swój ulubiony stolik i swojego nieulubionego klienta-sąsiada, który we wtorki siadał przy stoliku obok i palił papierosy, zjadał tylko połowę tego co zamówił, nie patrzył na kelnera, bekał i czasami zasypiał. Nasz ulubiony kelner pochodził z Punjabu i za każdym razem pytał co się stało z polską piłką nożną. Kiedyś byliście świetni. Szarmach, Boniek- mówił, bezbłędnie wymawiając polskie nazwiska. Jedzenie było pyszne, pełne smaku, lekkie i nietłuste a porcje duże.


Było…właśnie, było, dlatego nie jest to już moja ulubiona hinduska restauracja. Ostatnie trzy razy były okropne. Bezsmakowo, ciężko, tłusto i mało. Brak satysfakcji. Mam wrażenie, że mają syndrom polskiej drużyny piłkarskiej…

Minęły już prawie dwa lata od ostatniego razu i wciąż nie wiem czy dać im kolejną szansę, ale ponieważ chodziło za mną saag aloo, zrobiłem własną wersję* i dzielę się nią z Wami ;)


Saag Aloo czyli aromatyczny szpinak z ziemniakami
(2-4 porcje)

2 łyżki oleju
1 szalotka (plasterki)
1-2 cm czerwonego chilli (plasterki)
2 ząbki czosnku (plasterki)
1 łyżeczka drobno posiekanego świeżego imbiru
Szczypta łagodnego curry
Szczypta garam masala
½ kg młodych ziemniaków (pociętych w ćwiartki i obgotowanych przez 8-10 minut; mają być miękkie, ale
nie rozpadające się)
1-2 łyżki masła (lub ghee)
100g szpinaku (2 garści)
½ pęczka kolendry (z grubsza pocięty)
Sok z ½ limonki (do smaku)
Sól morska

Rozgrzej olej na średnim ogniu, podsmaż czosnek i szalotkę przez 2-3 minuty aż będą miękkie. Dodaj imbir, chilli i przyprawy, podsmaż przez minutę, dodaj ziemniaki żeby się podgrzały. Następnie włóż masło a kiedy się roztopi dodaj szpinak i kolendrę. Posól i zmniejsz ogień, poczekaj aż szpinak się zeszkli, wlej sok z limonki. Wymieszaj i podawaj**.

*Zaznaczam jeszcze raz, że nie jest to typowe saag aloo, jakie można znaleźć w hinduskich restauracjach tylko moja „europejska” interpretacja tego dania.
**Wstawiłem to na menu z grilowanym łososiem z pastą piri piri i piklowanymi krewetkami.