wtorek, 18 maja 2010

Japońskie sentymenty

Dom moich rodziców w czasach mojego dzieciństwa śmiało można byłoby nazwać maglem lub młynem. Przewijały się przez niego dziesiątki osób dziennie, które zazwyczaj pukały tylko dla formalności, ponieważ pukając jedną ręką, drugą od razu otwierały drzwi. Zawsze ktoś był na kawie, albo wpadł tylko na chwilę, przejazdem, zaszedł bo widział, że ktoś inny wchodzi lub po prostu miał to w planie…Kuzyni, bliżsi, dalsi, znajomi, sąsiedzi i osoby przypadkowe. W weekendy ilość osób przeważnie się zwiększała. Było żywo, czasami hucznie i wesoło…



Którejś soboty (jak co tydzień!) przyjechał mój wujek ze swoim, kilka lat młodszym ode mnie, synem Andrzejem. Niestety Andrzej w międzyczasie zmienił imię…Kazał na siebie mówić Andżin-san. Miał sześć lub siedem lat, był zafascynowany Szogunem- kultowym serialem czasów PRL-u i o ile dobrze pamiętam na spotkaniach rodzinnych był jeszcze tak nazywany jako nastolatek.


Było to moje pierwsze spotkanie z „szerokopojętą kulturą Japonii” haha. To chyba Szogun zasiał we mnie ziarenko ciekawości, żeby tam pojechać, zobaczyć, doświadczyć na własnej skórze. Tak sobie marzyłem… nie czytałem książek o Japonii- nie lubię teoretyzowania, postanowiłem, że kiedyś tam pojadę.


Szybko jednak zapomniałem o tym planie… Japonia pojawiła się następnie jakieś dwadzieścia lat później w opowieściach znajomego, który przywiózł ze swojej podróży ciekawe japońskie SKA a przy tym dużo opowiadał o niesamowitych gastronomicznych doświadczeniach.


Od tamtej pory znowu się zaczęło, ale głównie kulinarnie! Tym razem jednak moja fascynacja wzrasta powoli i stopniowo, umacnia się . Małymi kroczkami przekonuję się do kuchni japońskiej, głównie w „uzachodnionej” wersji. Fascynują mnie detale, tekstury, aranżacje, rytuały a jednocześnie prostota.


Nie wiem o niej wiele, ale jak dotychczas… jestem zafascynowany.

Dzisiaj bardzo prosto, z pozoru nieodkrywczo, ale trzeba spróbować, żeby docenić to połączenie smaków i tekstur. A poza tym - smacznie i zdrowo :)



Carpaccio z tuńczyka
(4 porcje)

5 listków świeżej bazylii
5 listków świeżej mięty
180g białej rzodkwi
50ml majonezu
2-3 łyżki mleka
1 łyżeczka jasnego sosu sojowego
½ łyżeczki musztardy
Odrobina białego pieprzu
100-120g świeżego, dobrej jakości tuńczyka


Obierz rzodkiew a następnie przy pomocy małego nożyka zacznij obierać ją tak jak obiera się jabłko, żeby poszczególne „obierki” były jak najdłuższe i jak najcieńsze. Zroluj „obierki” i dużym nożem kuchennym potnij na cienkie plasterki żeby otrzymać tzw. szyfonadę. Jeżeli nie masz tyle cierpliwości – zetrzyj rzodkiew na małych oczkach tarki. Namocz pociętą rzodkiew przez minutę w zimnej wodzie. Delikatnie odciśnij i przełóż do miski. Potnij listki bazyli i mięty w wąskie paski dodaj do rzodkwi, wymieszaj i przełóż do naczynia w którym będziesz serwować danie.


Wymieszaj dokładnie majonez, mleko, sos sojowy, musztardę i biały pieprz aby otrzymać dresing.


Potnij tuńczyka na cienkie plasterki i zaaranżuj na rzodkwi. Polej dresingiem i podawaj natychmiast.


*Wiem, że z ekologicznego punktu widzenia to niezbyt etyczne, żeby prezentować danie z tuńczyka, ale ja używam tutaj kornwalijskiej odmiany albacore, łowionej w ekologicznie odpowiedzialny sposób.


** Bazylia i mięta są substytutem liści shiso, które występuje w oryginalnym przepisie.


Przepis pochodzi z „Harumi’s Japanese Cooking” Harumi Kurihara

11 komentarzy:

Karolina pisze...

Wygląda apetycznie.

Tuńczyk, miłość Japończyków, podany w ten właśnie sposób jest częstą przystawką na japońskich stołach.

Pozdrawiam, Arek-san!

Bareya pisze...

Piękne połączenie smaków.
Rzodkiewkę ostatnio robiłem z pomarańczami myśląc, że gości potruje a znikła jak duchy.
Jak to mówisz: tekstury w tym daniu wyglądają wyśmienicie.
Świetna przystawka. pozdrawiam

Amber pisze...

Ciekawie prezentuje się ten tuńczyk po japońsku.
Myślę,że każdy jest po trochu zafascynowany tą kuchnią.Ja też do tych osób należę...
Jeżeli chodzi o ekologicznego tuńczyka, to wydaje mi się,że w sprzedaży tylko takie są.
Pozdrawiam.

Ania vel Vespertine pisze...

Andzi-san, no nie mogę :)))
Surowego tunczyka nie jadłam, a ze co do zasady jestem z surowym na nie (chodzi mi o mięsa wszelakie), to...sama nie wiem :) Ale opowieść jak zwykle boska.

Kiedyś przezyłam lekką fascynację Japonią, a to za sprawą książki "Japonia na codzień" czy jakoś tak... czytałamm ją w s.p. i strasznie mi się to wszystko spodobało...

POzsrowienia ślę z marnego, zimnego Gdańsk!

Paula pisze...

ależ pyszności na lekką przekąskę!

Polka pisze...

Jeso ja chyba zamiast się z Wami spotykać w knajpach to się wproszę na obiad :D
Może być albo to albo ta kaczka w pomarańczach hehe
Ucałowania dla Ciebie i Małżonki:)

maja miusow pisze...

kocham japonskie jedzenie-nie ograniczajac tej milosci tylko do sushi. w PL niestety mozemy tylko pomarzyc o takim tunczyku jakiego pokazujesz, a szkoda;/ pozdr.

Anonimowy pisze...

no a w szczegolnosci w wielkiej brytanii mowia ze tunczyk wymiera i nie powinno sie go jesc!ponoc nawet Nobu wycofalo go z menu. poza tym delfiny gina przy polowach tunczykow.

Beata Lipov pisze...

Surowy tuńczyk doprowadza mnie do obłędu. Uwielbiam!

Liska pisze...

No pięknie :D Mnie "szerokopojęta kultura japońska" ujęła za sprawą odtwórcy roli Szoguna ;D A do tej kuchni mam słabość, wystarczy jak sobie poczytam składniki i wyobrażę jak smakują. Do tego wszystko takie minimalistyczne i pięknie podane. Kiedyś w Paryżu przyjaciółka zaprowadziła mnie do sklepu z japońskimi słodyczami - sposób (a raczej ich dziesiątki) jak można zapakować jedno ciasteczko, po prostu mnie zauroczyły. Chciałabym kiedyś tam pojechać...

Patrycja pisze...

Uwielbiam kuchnie japonska, za prostote wlasnie, minimalizm no i ten smak:)
Bardzo ten tunczyk do mnie przemawia:D