Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Coś na ząb. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Coś na ząb. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 25 lutego 2013

Nerkowce z chilli i chrupką bazylią


Popijając przepysznym Chianti toast za swój dzisiejszy debiut w portalu natemat.pl (felieton znajdziesz tutaj) powolnie układam rzeczy w walizce (jadę na staż do In de Wulf) po raz czwarty z rzędu słuchając ostatniej płyty Smashing Pumpkins (koneserów i krytyków informuję, że w stosunku do SP jestem niestety bezkrytyczny!).


Dlatego teraz będzie bardzo krótko i chrupko, za to po powrocie podzielę się wrażeniami :)


Nerkowce z chilli i chrupką bazylią

20-25 liści bazylii (najlepiej tajskiej)
Olej do smażenia
200g nerkowców
2 łyżki płynnego miodu
1 łyżeczka chilli w proszku lub płatków
½ łyżeczki soli morskiej

W rondlu rozgrzej 1 cm oleju, osusz liście bazylii i smaż partiami przez około minutę aż zmienią kolor na głęboko zielony i będą „szklisto-przeźroczyste”. Uważaj! Olej może pryskać! Wyjmij łyżką cedzakową, odsącz na ręczniku papierowym.

Rozgrzej piekarnik do 180ºC, ułóż orzechy na blasze i piecz przez 10-15 minut.
Rozgrzej suchą patelnię, wrzuć orzechy, wlej miód, wymieszaj, wsyp przyprawy, dodaj połowę usmażonej bazylii i wymieszaj ponownie. Odstaw do wystygnięcia.

Podawaj z pozostałymi liśćmi bazylii jako jadalną dekoracją :)

To zwykła przekąska, która dzięki dodatkowi smażonej bazylii nabiera innego wymiaru, polecam!

czwartek, 17 stycznia 2013

Falancini. Ojciec z przypadku.


Nikt nie jest dobry przez przypadek  powiedział Seneka Młodszy. To zupełnie odwrotnie jak w kreatywnym gotowaniu, tutaj wiele smacznych rzeczy zdarza się przez przypadek i to bez znaczenia czy w domu czy w profesjonalnej kuchni.


Marchewka Vintage jedno z flagowych dań/składników kopenhaskiej Nomy to nic innego jak dzieło przypadku. Rolnik zapomniał wykopać w porę marchew więc mocno przerosła i trochę przemarzła. Surowa nie nadawała się do jedzenia. Oddał ją Redzepiemu (z tego co mówił Rene była tego ciężarówka), który wpadł na pomysł pieczenia jej przez długi czas w kozim maśle na niskiej temperaturze. W efekcie otrzymał marchew o „mięsnej” konsystencji i smaku przypominającym skrzyżowanie buraka z rzepą.


Czekolada Blond, najnowsze dzieło firmy Valrhona, jak łatwo się domyślić również nie jest efektem burzy mózgów. Szef Frédéric Bau, w trakcie prezentacji w Szkole Czekolady Valrhona (Ecole du Grand Chocolat) zapomniał o porcji białej czekolady stojącej w kąpieli wodnej. Podgrzewała się przez dziesięć godzin. Przed wyrzuceniem powstrzymał go tylko niespotykany kolor i zapach. Smak też był zaskoczeniem - pieczone Bretońskie kruche ciasteczka, karmelizowane mleko i nierafinowany cukier. Tak powstała okropnie droga Dulcey (£3.55-4.95/85g).


W zeszły poniedziałek potrzebowałem nowego, taniego, małego dania. W lodówce miałem nadmiar ugotowanego ryżu i zblanszowanej marchewki. Po głowie biegały mi arancini na aromatycznym marchewkowym puree, z głośników grała chill-outowa płyta, którą przywiozłem z Minorki, pogoda była usypiająca, lekko odleciałem myślami… i zacząłem robić falafel, ale bez cieciorki, ze składników na arancini, no w każdym bądź razie coś w tym stylu. Przed smażeniem przypomniałem sobie o pojemniku z kokosową panierką (dzięki Daniel!)- to uzupełniło dzieło. Moja pierwsza myśl? Fusion jak cholera! Ale cóż… W ten prosty sposób zostałem ojcem Falancini (haha!) a one okazały się absolutnym hitem!


I jak tu nie przyznać racji Markowi Twainowi, że nazwisko największego wynalazcy to przypadek?

Falancini
(4-5 porcji, ok. 30 kulek)

500g obranej marchwi
100g ugotowanego ryżu (wystudzonego)
30g startego Parmezanu lub Grana Padano
2 łyżki mąki pszennej
1 łyżeczka proszku do pieczenia
1 żółtko
3-4 łyżki Tahini
2 ząbki czosnku (rozgniecione i posiekane)
1 łyżeczka kminu rzymskiego w proszku
½ łyżeczki ostrej papryki/ pieprzu cayenne
2 łyżki bułki tartej
2 łyżki posiekanych liści kolendry
Sól morska
Świeżo zmielony pieprz
Olej do smażenia

Panierka:
Równe ilości bułki tartej (najlepiej Panko) i wiórków kokosowych

Zetrzyj marchew na grubych oczkach tarki, odciśnij nadmiar soku, wrzuć do robota kuchennego, dodaj pozostałe składniki i zmiel na jednolitą masę. Formuj kulki wielkości orzecha włoskiego i obtocz w panierce i odłóż na talerz/tacę. Wstaw do lodówki przed smażeniem na ok.godzinę.*

Rozgrzej olej w rondlu lub głębokiej patelni do ok. 180ºC. Smaż „falancini” przez 1-2 minuty z każdej strony aż będą rumiane.

Podawaj z tzatzykami, zieloną sałatą, prostą surówką z czerwonej kapusty** i chlebkiem pita.


* Zanim ulepisz wszystkie kulki, usmaż próbną, żeby skorygować ewentualne braki przypraw.
** Drobno posiekana czerwona kapusta, sól, pieprz, sok z cytryny, oliwa z oliwek i opcjonalnie odrobina startego na drobnych oczkach imbiru. 

piątek, 21 września 2012

Dukkah i inne fajne dodatki


Za każdym razem, kiedy postanowię publikować posty regularnie, ich częstotliwość spada a co gorsza jest co najmniej arytmiczna. Mówiąc otwarcie dukam a nie bloguję. Nie obiecuję więc, że kiedy w przyszłym miesiącu nawdychany świeżym powietrzem, z naładowanymi bateriami wrócę z Warmii będę pisał więcej ;)


Dukkah, duqqa czy też dukka to egipska mieszanka przypraw, orzechów, nasion i ziół, która przyrządzana jest na tysiące sposobów i podawana jako dip, posypka nadająca charakteru sałatkom lub składnik innych dań. Agnieszka z Kuchni nad Atlantykiem ładnie opisuje ją tutaj.


Moja dukkah to dukkah lawendowa. Używam jej do zrobienia chrupiącej skórki na piersi z kurczaka*, posypki uzupełniającej smak i teksturę puree z fasoli Jaś czy prostej sałatki z ogórka i solonych szalotek a nawet ryb. Możecie każde z tych dań zrobić oddzielnie lub tak jak ja podać jako jedną kompozycję (aby nie przesadzić, dukkah użyłem tylko jako „chrupiącej skórki”). Naprawdę polecam! Prawdziwa eksplozja smaku!


Dukkah

100g orzechów laskowych
50g ziaren słonecznika
50g ziaren sezamu
10g ziaren kolendry
10g ziaren kuminu
1 łyżka czerwonej papryki
½ łyżeczki soli morskiej
½ łyżeczki świeżo zmielonego pieprzu
4-5 gałązek lawendy

Rozgrzej piekarnik do 180ºC.
Rozłóż orzechy laskowe na blasze i piecz przez 5-8 minut lub aż będą złociste. Wyjmij, przestudź, przełóż na czystą ścierkę, zawiń w sakiewkę i pocierając usuń jak najwięcej skórek jak się da. Posiekaj orzechy nożem lub zmiel przez kilka sekund w robocie kuchennym. Przesyp do miski.

Rozgrzej suchą patelnię i podsmaż na niej ziarna słonecznika przez minutę, dodaj sezam kumin i kolendrę i kontynuuj smażenie przez kolejną minutę lub dwie aż ziarna będą aromatyczne i zrumienione. Następnie utrzyj w moździerzu na „gruby” proszek lub zmiel w robocie kuchennym czy młynku. Połącz z orzechami, dodaj paprykę, sól, pieprz i lawendę, dokładnie wymieszaj. Gotowe!

Sałatka z ogórków z solonymi szalotkami

2 zwykłe szalotki lub jedna bananowa
1 łyżeczka płaska soli morskiej
1 ogórek
1 łyżka posiekanych liści mięty
Świeżo zmielony pieprz

Potnij szalotki w cienkie plasterki, zasyp solą, wymieszaj i odstaw na 15-20 minut. Strząśnij nadmiar soli z szalotek i dodaj je do pokrojonego w cienkie plastry ogórka. Wmieszaj miętę i przypraw pieprzem.

Puree z fasoli

2 łyżki oliwy z oliwek
2 łyżka masła
1 cebula
4 ząbki czosnku
500g fasoli Jaś (namoczonej przez noc lub z puszki)
500ml wody (lub bulionu warzywnego)
Sól morska
Świeżo zmielony pieprz
Sok z cytryny
Siekana natka pietruszki

Rozgrzej oliwę i masło. Wrzuć pokrojoną w kostkę cebulę, podsmaż przez kilka minut aż będzie miękka, dodaj rozgniecione ząbki czosnku i podsmaż przez minutę. Wrzuć fasolę i zalej wodą/bulionem, zagotuj i kontynuuj gotowanie przez 30-40 minut aż fasola będzie miękka. Zmiksuj blenderem i dopraw solą, pieprzem i sokiem z cytryny, wmieszaj natkę pietruszki.


* Podsmaż pierś kurczaka na rozgrzanej patelni z odrobiną tłuszczu. Postaraj się zrumienić ją z obu stron. Wstaw do rozgrzanego żeby mięso „doszło”. Kiedy pierś jest prawie gotowa, rozsmaruj na niej łyżkę „duki” i wstaw z powrotem do piekarnika na minutę lub dwie.
** Dukkah łatwo przechowuje się w szczelnym opakowaniu nawet przez kilka tygodni.

czwartek, 6 września 2012

Pate z dyni piżmowej ze słonecznikiem i amaretto

Podobno ojciec Fergusa Hendersona- ojca brytyjskiego trendu kulinarnego „od nosa do ogona”- całe życie spędzał w garniturze i krawacie, od rana do nocy. Goniąc za ideami rankiem popijał bloody mary przygotowywane w wielkim dzbanie a po południu zamieniał je na inspirowane Brunelem drinki. Teraz ma 83 lata i siedząc w swoim wiejskim domu patrzy przez okno i mawia: drzewa! Hmmm! Wolałbym być w Londynie…


Ja z kolei jestem w Londynie i nie mogę napatrzeć się na karczochy, figi, różnokształtne dynie i inne warzywa rozrzucone na moim kuchennym stole jak elementy martwej natury z obrazu. Myślę sobie, że gdybym był warzywem pewnie byłbym karczochem takim purpurowym, chociaż nad kolorem to jeszcze muszę popracować ;)


Nie chciałbym być dynią piżmową. Gdyby nie dyskwalifikujący kształt zastanowiłbym się, ponieważ to moja ulubiona dynia. Jest bardzo uniwersalna, doskonale sprawdza się jako puree, pieczona jest jeszcze lepsza no i świetnie łączy się z mięsem, rybami i sosami.


Zrobiłem z niej pasztet, chociaż wolę go nazywać pate, ponieważ nie użyłem jajek ani go nie upiekłem (taka moja mała autorska fanaberia). Chciałem, żeby konsystencją przypominał dip, łatwo się rozsmarowywał a jednocześnie „trzymał” kształt, dlatego użyłem małej ilości agar agar a dodatek ciasteczek amaretti nadał zupełnie nowego wymiaru.

Pate z dyni piżmowej ze słonecznikiem i amaretto

1kg dyni piżmowej
5 nieobranych ząbków czosnku
4 gałązki tymianku
4 łyżki oliwy z oliwek
Sól morska
Świeżo zmielony pieprz
Sok z 1 cytryny
3 łyżki prażonych ziaren słonecznika
2 łyżki bułki tartej
2 łyżki posiekanej świeżej kolendry
150ml wody
3g agar agar
100g ciasteczek amaretti (drobno rozgniecionych)

Rozgrzej piekarnik do 200ºC. Wyłóż formę keksową kilkoma warstwami folii plastikowej.

Obierz i potnij na równe części dynię. Ułóż na blasze, dodaj czosnek, polej oliwą i dopraw solą i pieprzem. Wymieszaj, żeby dynia pokryła się równomiernie oliwą i przyprawami a następnie przykryj folią aluminiową. Piecz przez 20-30 minut pod przykryciem a następnie 15-20 minut bez przykrycia żeby dynia osuszyła się i skarmelizowała. Wyjmij z piekarnika i ostudź.

Wyjmij czosnek z łupinek i wrzuć razem z dynią do blendera, zmiel na jednolitą masę. Dodaj sok z cytryny, słonecznik, bułkę tartą i kolendrę, wymieszaj dokładnie i odstaw. Sprawdź konsystencję, powinna być gęsta, zbliżona do hummusu. Jeżeli jest zbyt „luźna” dodaj więcej bułki tartej.

Zagotuj wodę i dodaj agar agar, wymieszaj i wlej do masy dyniowej. Wymieszaj dokładnie i przełóż do przygotowanej keksówki. Odstaw na godzinę do ostygnięcia. Wyjmij i obtocz w rozgniecionych ciasteczkach amaretti. Zawiń w świeżą folię i przechowuj w lodówce przez 3-4 dni. Podawaj z chlebkiem pita. Smacznego!!

P.s. Jeżeli chcesz możesz pominąć wszystkie kroki związane z formowanie kształtu etc i podawać w kokilkach posypane amaretti.

środa, 25 lipca 2012

Sałatka doprawiona intuicją

Ostatnio często słyszę pytania: „w czym się specjalizujesz?”, „jakie jest Twoje gotowanie?”, „jak wyglądałoby Twoje idealne menu?”, „jak byś określił swój styl?”. To pytania z pozoru łatwe, wręcz naturalne, ale nie lubię na nie odpowiadać. Wiem, że ludzie wolą wiedzieć jak kogoś skatalogować, na którą półkę włożyć, to wiele ułatwia, niestety moja odpowiedź najczęściej ich zaskakuje. I nie jest to odpowiedź wymijająca, próbująca coś ukryć, jest zaskakująca, ponieważ odbiega od obecnie obowiązującego, sformatowanego sposobu myślenia, tabel, diagramów i ustalonych przez kogoś na górze gotowych, najlepszych rozwiązań. Jest bardzo krótka, esencjonalna ;)


Po pierwsze specjalizuję się w gotowaniu a po drugie (jeżeli punkt pierwszy to za mało) nazywam je wielkomiejskim gotowaniem inspirowanym podróżami. Może enigmatycznie, zbyt PR-owsko, ale inaczej tego nie mogę określić – to mi w duszy gra. Nie tworzę super-oryginalnych cudów fine dining czy haute cousine, jak kto woli, po prostu gotuję rzeczy, które sam chcę z przyjemnością jeść. Korzystam z wielu źródeł inspiracji, dobrych składników a dodatkowo mam non-stop otwarte oczy i uszy i chłonę…


Nie trzymam się jednego stylu, bo wtedy gotowanie traci swojego ducha, staje się sługą konwencji. Tak jak kurczowe trzymanie się receptury, które jest odtwarzaniem, często pysznym, ale tylko procesem wtórnym. Ktoś kiedyś użył określenia gotowanie intuicyjne i chyba do tego jest mi najbliżej. Wtedy jest radość, świeżość, smak i odrobina nas samych w potrawie :)


Dzisiejsza sałatka to przykład takiego „gotowania”, znane smaki połączone w jedno danie. Świetna na lunch w upalny dzień, polecam!


Sałatka z cukinii marynowanej curry z pistacjami
(2-4 porcje)

2 cukinie (400-450g razem)
1 ząbek czosnku (drobno posiekany)
½ czerwonej papryczki chilli (drobno posiekane)
1-2 łyżeczki łagodnego curry w proszku
Sól morska
Świeżo zmielony pieprz
2 łyżki oleju rzepakowego
Sok z cytryny (do smaku)
50g rukoli
20g pistacji (drobno posiekanych)


Potnij cukinie na podłużne paski przy pomocy obieraczki do warzyw, wrzuć do miski i dodaj czosnek, chilli, przyprawy, olej i sok z cytryny. Wymieszaj i odstaw na 10-15 minut. Kiedy cukinia „zmięknie” dodaj rukolę, wymieszaj i dopraw ostatecznie (jeżeli jest taka potrzeba). Nałóż na talerze i posyp pistacjami. Podawaj z grzankami z natartymi pomidorem.

środa, 4 lipca 2012

Ględzenie przy kanapce

Wróciłem! Było pięknie, było gorąco, było pysznie i było leniwie. Przywiozłem opaleniznę i kilka bardzo subiektywnych obserwacji…


1. To kolejny wyjazd, który jest potwierdzeniem naturalnej nierówności jaka panuje w przyrodzie. No bo niby jak inaczej nazwać taką sytuację, w której jedni żyją w ciepłym, cudownym miejscu, w którym czas płynie kilka razy wolniej, jedzą pomidory, które smakują jak pomidory a dodatkowo nie muszą martwić się ubraniami na zimę i rachunkami za ogrzewanie? I to wszystko dwie godziny lotu z Londynu ;) Ach! Minorka, Minorka- same pyszności- enseimady, sery Mahon, wędliny, salcesony, które powaliły mnie na kolana. Miasta i miasteczka/wioski, fiesty, sjesty, wino…


2. Ludzie na wakacjach nie lubią odpoczywać. Szczególnie od codziennych hałasów typu głośne radio, telewizor lub nie daj Boże inne źródło muzyki. Nie lubią też spać.

3. Mam podejrzenie, że z jakiegoś tajemniczego powodu telefony działają tylko na balkonie. Mój doskonale działał w apartamencie, ale go dobrowolnie wyłączyłem ;)
3a. Balkon to zaciszne miejsce do prowadzenia rozmów i zdradzania sekretów- oprócz sąsiadów i połowy ośrodka, w ogóle nikt nie słyszy.
3b.Palenie papierosów na balkonie powinno być zakazane.


4. Hiszpanie nie uznają szeptu i zniżania głosu bez uwagi na porę dnia i nocy.

5. Napotkani Polacy nie odpowiadają rodakom na dzień dobry i uśmiech (takiego szoku nie przeżyłem bardzo długo, myślałem, że ten zwyczaj zaginął- na szczęście to była tylko jedna/jedyna rodzina z Polski, którą spotykaliśmy). Za to są bardzo mili do obcokrajowców.


Mimo tych słodko-gorzkich (jak syrop octowy) obserwacji mógłbym w każdej chwili spakować się ponownie i polecieć tam na kolejne wakacje a nawet na zawsze ;))

Stęskniony za gotowaniem, wymyśliłem parę nowych dań. Między innymi to:


Grzanki ze smażoną wątróbką i macerowanymi czereśniami
(4 porcje)

150g czereśni
Mały kieliszek dobrego czerwonego wina
2 gałązki tymianku

400g wątróbek drobiowych (pociętych na równe kawałki)
1 średnia szalotka (pocięta w krążki)
2-3 ząbki czosnku (drobno posiekane)
Łyżeczka drobno posiekanej natki pietruszki
Sól morska
Świeżo zmielony pieprz
Oliwa do smażenia
Łyżka masła
Garść rukoli
8 grzanek z ciabatty

Syrop octowy:
100ml czerwonego octu winnego (najlepiej cabernet sauvignon)
½ łyżeczki płynnego miodu

Umyj i osusz czereśnie a następnie przetnij je na pół i usuń pestki. Zalej winem, wsyp tymianek i wymieszaj. Wstaw do lodówki na minimum godzinę.

W międzyczasie zrób syrop octowy. Wlej ocet i miód do rondla i gotuj na wolnym ogniu aż płyn osiągnie konsystencję syropu, wtedy przelej go do innego naczynia. Nie przejmuj się tym, że ma to bardzo mocny smak, pozwoli to zbalansować smak całego dania.

Rozgrzej 2 łyżki oliwy na średnim ogniu. Podsmaż na niej szalotkę i czosnek przez minutę uważając żeby nie przypalić, wrzuć osuszoną wątróbkę i smaż przez 2-3 minuty żeby się zrumieniła. Wlej 4 łyżki wina, zwiększ ogień żeby wino odparowało (to powinno zająć około minuty), zmniejsz ogień do średniego, dodaj odsączone czereśnie i masło. Przypraw solą i pieprzem, wymieszaj, żeby masło się rozpuściło tworząc „sos”. Posyp pietruszką i nałóż na grzanki.

Polej syropem octowym i posyp rukolą, podawaj natychmiast (chociaż na zimno też smakują wyśmienicie).

środa, 23 maja 2012

Kalafior ze słodko-kwaśną cebulą i widok z kuchni

„Alergicy”, „wrażliwi na …”, weganie i Amerykanie to zmora każdego kucharza (przynajmniej tych, których znam i oczywiście tych, którzy nie są wegetarianami/weganami). Kucharze wege są bardziej empatyczni, ale proszę się nie rozpędzać z wybielaniem ich wizerunku, każdy ma swoją ciemną stronę, ale o tym innym razem;) Jeżeli należycie do którejś z wymienionych na początku grup, nie bierzcie tego zbyt dosłownie, ponieważ nie jest to nienawiść dozgonna, to krótki impuls, który najczęściej wywołuje wiązkę przekleństw w kierunku Waszego zamówienia i… tyle ;)


Kucharze lubią rutynę, obojętnie czy się do tego przyznają czy nie, tak po prostu jest. Rutyna ułatwia życie, przyspiesza serwis i bardzo często wyłącza potrzebę myślenia a to pomaga przejść przez zmianę gładko i bezboleśnie. Serwis to nie czas na kreatywne burze mózgów. Każde dodatkowe życzenie to spowalniacz, który może być mnożnikiem błędów a co za tym idzie, niezadowolenia klientów i braku satysfakcji z pracy. W kuchni nie ma dwóch takich samych zmian i nie ma możliwości naprawienia błędu (fizycznie jest, ale mentalnie nie), to praca, która nie daje drugich szans, nie pozwala sprzedać wczorajszego pustego miejsca dzisiaj. Te restauracje, które mają mniej pustych miejsc w roku są lepsze. To oczywiście teoria. Dodatkowo dochodzą recenzje, statystyki, zestawienia najlepszych i najgorszych…


Myśleliście kiedyś o tym jak to wygląda od kuchni? Otóż my też mamy swoje zestawienia i rankingi, klientów oczywiście. Mamy rankingi generalne, dotyczące bezimiennych grup, które zostały utworzone ze względu na podobne „wymagania”, ponieważ z oczywistych względów, trudno o bardziej zindywidualizowane oceny ;))

Są alergicy i „alergicy”. Ci pierwsi nic nie poradzą na to, że nimi są (sam jestem) i tych absolutnie respektujemy i nie dyskutujemy, drudzy to nowy gatunek tak zwanych sprytnych klientów, który pod przykrywką alergii, leczy zupełnie inne przypadłości, najczęściej niedoboru uwagi. Wrażliwi na… smak, konkretny składnik, technologię produkcji, ekologię, nierówności społeczne, etc. są dość łatwi do zaspokojenia, pod warunkiem, że nie jest to błędnie rozpoznany przypadek z grupy „zwróć na mnie uwagę”. Weganie zawsze zaskakują wizytą w tradycyjnej restauracji a Amerykanie po prostu są połączeniem cech wszystkich (nawet nie wymienionych) grup.


Dlaczego to wszystko mówię? Otóż ostatnio mieliśmy prośbę o przygotowanie porcji warzyw, ale specjalnych- nie mogły być ukrzyżowane (cyt. not crucified). Jeżeli pytacie JAKIE?!! oznacza, że się rozumiemy, jeżeli nie… pewnie niedługo poczuję wbijaną szpilkę w laleczkę voodoo o mojej twarzy. Pozwólcie tylko, że podam parę przykładów ukrzyżowanych warzyw: brokuł, kalafior a nawet szpinak, resztę pozostawiam Waszej wyobraźni.

Jak się okazuje, gastronomia to nie tylko karmienie, dostarczanie paliwa naszemu ciału to codzienna psychologia i psychoterapia w jednym! Zapraszam więc na seans z kalafiorem ;)

Kalafior ze słodko-kwaśną cebulą
(2-4 porcje)

2 łyżki oliwy z oliwek
2 duże cebule (pocięte w drobne piórka)
15-20 pieczonych pomidorków lub łyżeczka koncentratu/pasty z suszonych pomidorów
1 łyżka cukru
2 łyżki octu sherry
4-5 gałązek tymianku
1 duży kalafior (podzielony na różyczki)
2 łyżki rodzynek
Szklanka wody
Sól morska
Świeżo zmielony pieprz
1 łyżka tostowanych orzeszków piniowych
1 łyżka tostowanych płatków migdałowych
1 łyżka posiekanej natki pietruszki

Rozgrzej oliwę na patelni, wrzuć połowę pomidorków i cebulę, smaż na małym ogniu przez 15 minut mieszając regularnie aż cebula będzie miękka i złocista.

Następnie dodaj cukier, ocet, tymianek i resztę pomidorków (lub wmieszaj pastę z suszonych pomidorów). Podsmaż przez minutę, dodaj kalafior i rodzynki, zalej wodą i przypraw solą i pieprzem. Przykryj i gotuj przez 4-5 minut aż kalafior będzie miękki/ al dente.

Posyp orzeszkami, płatkami migdałowymi i pietruszką. Podawaj z wędzonym tofu i tzatzykami.

* Przepis: przekaz ustny od znajomego wege chefa. Kombinacja z wędzonym tofu i tzatzykami – moja.

środa, 9 maja 2012

Wakacyjne ziemniaczki z sosem Mojo

Znudzony szarym niebem nad Londynem zacząłem planować wyjazd w ciepłe miejsce. Zabijając czas pozostały do wylotu recyklinguję promienie słońca z wakacyjnych zdjęć a dla wzmocnienia efektu oglądam pamiątki z ostatniej podróży- bilet za wypożyczenie leżaków, dwie pocztówki i zapisane na druku kelnerskim przepisy.


Przypomniało mi to o obietnicy złożonej właścicielowi Balcon Canario, mojej ulubionej restauracji w Puerto Rico na Gran Canaria, jednej z niewielu stricte Kanaryjskich restauracji w okolicy, a już na pewno najbardziej profesjonalnej i zrelaksowanej. Jedzenie jest tam autentyczne, apetycznie podane, mięso i ryby najwyższej jakości, chociaż niestety warzywa nie są ich mocną stroną. Obsługa doskonale „panuje nad sytuacją” niezależnie od natężenia ruchu a dodatkowo jeden z kelnerów, Nicholas, wygląda jak hollywoodzki amant ze starych filmów. Dodatkowym atutem jest to, że zupełnie niezgodnie z miejscowym zwyczajem „nie napadają” (wciskając menu) na potencjalnych klientów na ulicy.


Poprosiłem Jacinto (właściciela) o parę przepisów na tradycyjne i najbardziej charakterystyczne dla tego regionu dania a w zamian obiecałem się nimi podzielić z Wami, czytelnikami bloga. Wybrałem dwa, moim zdaniem najbardziej reprezentatywne: czerwony sos Mojo (Mojo Rojo) i pomarszczone ziemniaki (Papas Arrugadas). Sos Mojo to „kanaryjski keczup”- dodawany do wszystkiego- tapas, ziemniaków, krewetek czy sałat a ziemniaki… pyszne, intensywne w smaku i zapewne za sprawą soli morskiej z lekkim posmakiem morza, trochę przypominające te pieczone w ognisku- tak czy owak wakacyjne ;)


Papas con Mojo czyli ziemniaki po kanaryjsku z czerwonym sosem Mojo

Sos Mojo:
1 ząbek czosnku (obrany i posiekany)
1 łyżka mielonego kminu rzymskiego
1 łyżeczka słodkiej czerwonej papryki w proszku
1 łyżeczka soli morskiej
2 łyżki oliwy z oliwek
2 czerwone papryki (gniazda nasienne wycięte)
Miąższ białego pieczywa (do zagęszczenia )

W moździerzu zmiel dokładnie czosnek, kmin, paprykę w proszku i sól z łyżką oliwy. Postaraj się żeby czosnek nie zostawił żadnych grudek. Dodaj drugą łyżkę oliwy i przełóż powstałą masę do blendera. Dodając sukcesywnie po pół papryki zmiel na jednolitą masę, zgęść białym pieczywem a następnie przeciśnij przez sitko (to opcja, którą polecam, chociaż możesz ten krok pominąć).

Papas Arrugadas:
1kg małych „młodych” ziemniaków
100g soli morskiej

Wybierz ziemniaki zbliżonej wielkości, umyj, włóż do garnka, zalej wodą parę milimetrów poniżej ich
wysokości, wsyp sól i przykryj je ścierką lub krążkiem papieru do pieczenia (albo tradycyjnie liśćmi kapusty)- nie przykrywaj przykrywką! Gotuj na wolnym ogniu przez około 20 minut od momentu wrzenia. Kiedy ziemniaki będą miękkie, odlej resztę wody i osusz je w garnku na wolnym ogniu uważając, żeby nie przypalić. Powinny być lekko pomarszczone i pokryte solną „mgiełką”.

Podając, polej ziemniaki obficie sos. Smacznego!


* Sosu prawdopodobnie wyjdzie Ci za dużo, ale tak jak mówiłem, doskonale nadaje się do innych potraw. Możesz go przechowywać w lodówce 4-5 dni.

czwartek, 19 kwietnia 2012

Quesadilla dla mojego kumpla Dominika


Godzina jedenasta, jeszcze zaspani zbieramy rzeczy tzn. różne trunki, które będziemy spożywać później, do samochodów. Ktoś zarządza śniadanie – tequila, Dominik wznosi swój długi i zakręcony toast, którego nauczył się w Meksyku, a którego ja nigdy nie potrafię zapamiętać (ciekawe dlaczego? Haha!). Miejsc w samochodach jest mniej niż podróżujących, dzielimy się na grupy. Świeci słońce, jest leniwie, butelki brzdękają w plecakach.


Po drugiej stronie dwupasmowej ulicy w Notting Hill Gate widzieliśmy stojący, prawie gotowy do odjazdu autobus do Oksfordu. W ułamku sekundy osuszyliśmy resztki piwa z naszych butelek i zaczęliśmy przebiegać przez przejście na czerwonym świetle, a tak naprawdę w poprzek skrzyżowania. Ruszył, ale zmieniło się światło i musiał stanąć. Uff!! - wydobyło się jednocześnie z naszej piątki. Kierowca udawał, że nas nie widzi do momentu kiedy „św. Mikołaj skrzyżowany z kowbojem” Dominik rzucił się na kolana przed jego autobusem…wtedy parsknął śmiechem i uprzejmie pokazał nam, że nie mamy szans. Widać było zadowolenie na jego twarzy, podejrzewam, że nawet zrobił wielkie – ufff ;) Natomiast kierowca następnego autobusu obciął nas wszystkich wzrokiem i mówi: - mam nadzieję, że będziecie się zachowywać a ty (patrząc na Dominika) to chyba pierwszy chętny do wysiadki… Coż, po takim powitaniu nie pozostało nam nic innego jak dostosować się do reguł gry. Ponad godzina spędzona na czytaniu książek i wpatrywaniu w mijający krajobraz. Potulni jak baranki, ale to była tylko cisza przed burzą…bo na miejscu czekał na nas zastawiony stół w ogrodzie z widokiem na Oksford, wino, tequila, gitary i spontaniczny śpiew, a w drodze powrotnej sprawdzona przepowiednia kierowcy autobusu- wysiadka pod Londynem. Niestety Dominik nie mógł powstrzymać swojej wodzirejskiej duszy ;))


Dominik to wulkan energii i artysta, obywatel świata. Nie idzie na kompromisy. Wierzy w spełnianie marzeń i życie w zgodzie ze sobą. Kilka lat temu na imprezie w Camden, przegadaliśmy prawie cały wieczór. Z boku wyglądało to podobno jak pijacka rozmowa dwóch marzycieli, ale wiecie co? To był moment kiedy zacząłem poważnie myśleć o gastronomii jako mojej pasji a nie zawodzie. Wkrótce potem Dominik wyjechał na południe Francji, do rodzinnej wioski, pracował w ukochanej stadninie i szlifował materiał na płytę. Opłacało się, kilka tygodni temu odwiedził mnie, żeby puścić (w znacznej mierze odśpiewać!) mi swoje piosenki. Czułem się jakbym słyszał historię jego życia. W przyszłym miesiącu wychodzi jego album -Dom Rider „Don’t drink alone” (tutaj moża posłuchać)- polecam uwadze wszystkich, którzy lubią facetów z głosem a la Joe Cocker ;)


Na cześć Doma, jego karkołomnego toastu i nowej płyty proponuję pyszne quesadillas :)

Quesadillas z chorizo i ziemniakami
(4 porcje)

2 duże średnie ziemniaki (ok. 400g)
200g chorizo do smażenia
2 łyżki oliwy
1 średnia cebula (drobno posiekana)
2 ząbki czosnku (drobno posiekane)
Kilka gałązek tymianku
4 duże tortille
400g startego żółtego sera (manchego, cheddar lub jaki lubisz)

Obierz ziemniaki i potnij w kostkę o wielkości nie większej niż 1cm. Zagotuj posoloną wodę i wrzuć ziemniaki na 7-8 minut lub aż będą miękkie, ale nie rozpadające się. Odcedź i schłodź zimną wodą. Odlej ponownie i odstaw na później.

Potnij chorizo w 1 cm kostkę. Rozgrzej oliwę i podsmaż chorizo, żeby się zrumieniło. Wyjmij chorizo łyżką cedzakową na talerz a na pozostałym oleju podsmaż cebulę przez 6-7 minut na średnim ogniu aż będzie miękka, dodaj czosnek i tymianek i smaż przez kolejną minutę. Dodaj usmażone chorizo i ziemniaki, wymieszaj.

Rozdziel pomiędzy torille nakładając tylko na połowę każdej, posyp serem, złóż i podsmaż na patelni lub zgriluj z obu stron aż będą chrupkie. Podawaj z meksykańską sałatką, której przepis podałem kilka tygodni temu na facebook’u*.

*dla tych którzy nie widzieli przepis poniżej ;)


Sałatka meksykańska
(duża micha/ 4-6 porcji)

200g mieszanych zielonych liści (młody szpinak, sałata)
150g groszku cukrowego
1-2 dojrzałe awokado (pocięte w równe części)
1 mała czerwona cebula (drobno posiekana)
1 kolba kukurydzy (ścięte ziarna)
Garść kolendry ( z grubsza posiekana)
50g prażonych pestek słonecznika

Dressing:
Sok z limonki
6 łyżek oliwy z oliwek lub oleju arachidowego
1 jalapeno chilli lub czerwone chilli (drobno posiekane)
Sól morska
Świeżo zmielony pieprz

Zrób dressing mieszając ze sobą wszystkie składniki.
Wymieszaj w misce składniki sałatki i zalej dressingiem, wymieszaj i podawaj natychmiast.

środa, 2 listopada 2011

Konstruktywna krytyka i comfort food

Zaniemówiłem na bardzo długo i niespodziewanie (nawet dla mnie). Mówiąc szczerze nie wiem jak to się stało i dlaczego mamy już listopad? Jeszcze niedawno leżałem na plaży targany rozmyślaniami o tym co zjem na kolację a tu nagle… jesień, długie wieczory i opadające liście. Ostatnio moje plany ulegają szybkim, ostatniosekundowym korektom. W zasadzie cały miesiąc minął pod ich znakiem. Miałem pojechać na Blog Forum w Gdańsku, miałem chodzić regularnie na siłownię, miąłem napisać wiele postów, miałem … To nie tak, że spotkała mnie masa nieszczęść, nie, wręcz przeciwnie. To raczej wina zbyt krótkiej doby. Pomysły tak kotłują mi się w głowie, że aż włosy szybciej rosną ;)


Wracając do Blog Forum Gdańsk, wiem, że temat został już ostatnio mocno przedyskutowany, ale ja chciałbym a tak naprawdę muszę dodać swoje pięć groszy. Mam wrażenie, że po raz kolejny mimo pozytywnie brzmiacych ogólnych założeń ktoś chciałby zrobić interes kosztem blogerów, ale nie do końca rozumie ich specyfikę, różnorodność i indywidualność. Chciałby zbudować prestiż i uznanie imprezy w sposób odgórny, narzucając i podtrzymując stereotypy zamiast umożliwienia organicznego rozwoju imprezy (wniosek na podstawie komentarzy z forów, blogów i FB). BFG to świetny pomysł, szkoda byłoby go zaprzepaścić!

Zacznę od początku czyli zaproszenia imiennego, które dostałem i którego urokowi w pierwszej chwili uległem. Zagrało ono na mojej próżności i uwielbieniu zabawy (zapaliła mi się w głowie lampka pt. Super! Znowu spotkam znajomych, których dawno nie widziałem a co więcej poznam nowych ludzi!). Dopiero później dotarło do mnie, że mimo tego, iż zostałem IMIENNIE zaproszony, muszę odesłać zgłoszenie UZASADNIAJĄC dlaczego chcę tam być (?!). Ponieważ mieszkam w Londynie i nie mogę do Gdańska dojechać kolejką podmiejską SKM postanowiłem zapytać organizatora (Ewa Protaziuk) o możliwość wcześniejszego potwierdzenia mojego udziału w BFG. Niestety, mimo upływających dni ( i rosnących cen biletów lotniczych) nie dostałem odpowiedzi. Zrezygnowałem z wyjazdu i tego samego dnia dostałem maila od organizatora… z ankietą. Bardzo profesjonalne podejście, pełna kultura! Ignorować pytania IMIENNIE zaproszonego uczestnika i wysłać mu kolejną ankietę! To jednak nie koniec. 3-go października dostałem maila, który zagotował moją krew do granic możliwości i nie chodziło o to, że moje zgłoszenie zostało odrzucone, ale o formę odpowiedzi.


Po pierwsze nie byłem już Arkiem- byłem drogim blogerem, po drugie co najmniej połowa tego maila zachęcała mnie do oglądania, śledzenia i lubienia BFG, po trzecie organizatorka od niechcenia napomyka: „Oceniając nadesłane zgłoszenia braliśmy pod uwagę liczbę czytelników, uzasadnienie chęci uczestnictwa w forum oraz jakość i aktualizację prowadzonego bloga.” W jakim celu otrzymałem więc zaproszenie, nie wiem – jakoże te wartości w ciągu miesiąca nie uległy zmianie, więc organizator może powinien był przeznaczyć odrobinę czasu na sprawdzenie do kogo się zwraca? Chociażby po to, by okazać szacunek dla czyjegoś czasu. Wiem, że prowadzę bloga niszowego (to mój wybór) i nie chcę tutaj wyjść na dupka, ale chwileczkę, to mnie trochę obraża! Po czwarte najlepszy był koniec : „Życzymy powodzenia w realizowaniu blogowej pasji”. Nooooo żesz! Odpowiedziałem równie protekcjonalnym tonem, że życzę powodzenia w realizowaniu pasji tworzenia BFG ;)))


Sam pomysł Blog Forum Gdańsk uważam za świetny i życzę Miastu Gdańsk rozwoju i sukcesów. Proponuję jednak przemyślenie koncepcji lub zatrudnienie osób na nieco wyższym poziomie kultury osobistej i językowej i profesjonalizmu niż Pani Ewa Protaziuk.

Mam smutne wrażenie, że jak to zazwyczaj, chodziło o wydanie jakichś luźnych funduszy lub ktoś miał zabłysnąć jakimś lokalnym projektem. I nie było by w tym nic złego gdyby odbyło się to z mniejszą nonszalancją a z większą starannością.


Za największy sukces BFG uważam nagrodzenie „truskawkowej” Ani vel Vespertine ze Strowberries from Poland statuetką "Blog of Gdańsk Internautów" (swoja drogą ciekawa polszczyzna – chyba coś się pozmieniało odkąd wyjechałem z kraju…) Gratuluję jeszcze raz!!
OK! Atmosfera została oczyszczona, można zacząć gotowanie :)
Dzisiaj comfort food. Prosto, (nie)zaskakująco pysznie i aromatycznie. Pieczony czosnek i pieczone słodkie ziemniaki. Pieczony czosnek to jeden z moich ulubionych dodatków do zup, sosów, dipów czy rozsmarowania na kromce chleba i posypania solą morską (Minta Eats to bardzo chętnie też ;))) a słodkie ziemniaki …sami sprawdźcie ;))

Pieczone słodkie ziemniaki z czosnkiem, miodem i szafranowym crème fraîche
(4 porcje)

4 słodkie ziemniaki (150-200g każdy)
150g crème fraîche lub gęstej śmietany 30%
Szczypta szafranu
4 łyżki mleka
4 łyżki miodu (jaki lubisz najbardziej)
2 główki czosnku
2 łyżki oliwy z oliwek
Sól morska (opcja)

Rozgrzej piekarnik do 200ºC. Umyj i osusz ziemniaki. Obierz czosnek z nadmiaru łupin, odetnij ½ cm szczytu główki a następnie ułóż na środku indywidualnych, kwadratowych kawałków folii aluminiowej (15x15cm) polej oliwą i szczelnie zawiń.

Połóż ziemniaki i czosnek na blasze i piecz przez 30-35 minut obracając ziemniaki na drugą stronę w połowie pieczenia. Ziemniaki mogą zająć ok. 5-10 minut dłużej niż czosnek, są gotowe kiedy łatwo dają się nakłuć nożem.

W międzyczasie zalej szafran mlekiem i odstaw na 20 minut. Następnie wymieszaj mleczko szafranowe z crème fraîche i odstaw na później.

Wyjmij czosnek i lekko go ostudź. Wyjmij ziemniaki, powinny mieć chrupką skórkę, przekrój na pół, ułóż na talerzu, posmaruj pieczonym czosnkiem, polej miodem i posyp solą morską (jeżeli lubisz). Podawaj z szafranowym crème fraîche.


*Pozostały czosnek użyj do dipów, sosów, zup, etc. Przechowuj w lodówce max. 7dni.

Inspiracja: Ferran Adria

czwartek, 13 października 2011

Sałatka z figami, buffalo mozzarellą i kandyzowanymi pekanami

Właśnie wróciłem z Gran Canaria. Było cudownie, gorąco, pachniało pieprzem, mango i oceanem, woda sama unosiła ciało na powierzchni a jedyna troską dnia było co zjemy na kolację. Piękny tydzień. Śmiało i bez skrępowania możecie mi zazdrościć ;) W sumie to sam sobie zazdroszczę ;))



Wypoczęty i pełen nowej energii do działania, aczkolwiek zawsze gotowy do wypadu na ciepłą wyspę stanąłem twarzą w twarz z codzienną rutyną, która w moim wypadku powinna się chyba nazywać ru(le)tyną.


Praca to Fawlty Towers- Hotel Zacisze w realu, aż się dziwię, że nie zastępujemy Big Brother w ramówce jakiejś telewizji ;) Studia- prezentacje, eseje, praca dyplomowa. Tempo, tempo, ale to ja lubię najbardziej!
Dodatkowo wcześniejsze działania zaczęły owocować i z całą przyjemnością donoszę, że moje przepisy znajdziecie z dobranymi do nich winami na stronie http://www.witajwaustralii.pl/ 


Oczywiście przywiozłem kilka przepisów z Gran Canaria, ale dzisiaj będzie obiecane przed wyjazdem danie z pieczoną cebulą w occie sherry.


Sałatka z figami, buffalo mozzarellą i kandyzowanymi pekanami
(2-4 porcje)

Kandyzowane pekany
1 białko z małego jajka
1 łyżka miękkiego brązowego cukru
Szczypta soli
100g orzeszków pekan
1 łyżeczka kminu rzymskiego
Szczypta ziaren fenkułu

Sałatka
1 duża czerwona cebula (pocięta w krążki o grubości ½ cm lub grubsze)
50ml octu sherry
4 łyżki oliwy extra virgin
2 małe czerwone cykorie
2 mozarelle buffalo (porwane na kawałki wielkości kęsa)
4 figi (każda pocięta na 6 części wzdłuż)
Sól morska
Świeżo zmielony pieprz

Rozgrzej piekarnik do 170ºC i wyłóż blachę papierem do pieczenia. W miseczce lekko ubij białko z cukrem i solą. Kiedy będzie spienione dodaj orzechy i przyprawy, wymieszaj, żeby orzechy dokładnie pokryły się masą a następnie wylej na przygotowaną blachę. Piecz przez 15-20 minut, wyjmij i ostudź.

Zwiększ temperaturę piekarnika do 200ºC, wyłóż blachę papierem do pieczenia, połóż na nią plastry cebuli i polej je octem i dwoma łyżkami oliwy, dopraw solą i pieprzem. Przykryj szczelnie folią aluminiową i piecz przez 20-25 minut. Następnie zdejmij folię i piecz przez 10-15 minut aż cebula zacznie się karmelizować. Ostudź.

Oderwij liście cykorii, polej łyżką oliwy, wymieszaj i posól. Rozgrzej mocno patelnię (najlepiej grilową) i przesmaż krótko (pół minuty z każdej strony), przełóż do miski lekko skrop octem sherry.

Sałatkę możesz podać jako indywidualne porcje lub jako misę sałaty do podziału.

Podając ułóż warstwę liści cykorii, następnie warstwę pieczonej cebuli a na końcu mozarelli i fig, powtarzając proces do wykorzystania składników. Na koniec polej łyżką oliwy (lub więcej jeżeli lubisz) i posyp kandyzowanymi pekanami.

* Pekany (jeżeli Ci zostaną) przechowuj szczelnie zamknięte, żeby zachować ich chrupkość.

Inspiracja: Anna Hansen, Modern Pantry.

niedziela, 17 lipca 2011

Omlet (con)fusion. I wszystko jasne

Mówiąc o kuchni fusion, często podpisywałem się pod twierdzeniem fusion is (to often) confusion a jednocześnie często moje potrawy były odbierane jako fusion. Niejednokrotnie zmuszało mnie to do bardzo pokrętnych (ponieważ skomplikowanych) odpowiedzi, tłumaczeń i wykazywania subtelnych różnic między tym co robię a kuchnią fusion. Jest to bardzo lotne określenie, które przez swoją marketingową lekkość szybko znalazło wielu orędowników, ale paradoksalnie prowadzi ciężki żywot a wręcz odchodzi w niebyt. Prawdziwe fusion to sztuka, która udała lub wciąż udaje się niewielu, a używanie kilku składników z różnych stron świata to jeszcze nie fusion – moim zdaniem to globalne i nowoczesne gotowanie. Możecie się ze mną oczywiście nie zgodzić, ale tak to widzę. 


Etykietki są dobrym drogowskazem dla kolacyjnych gadaczy, którzy przerzucając się nimi w rozmowie mogą podbudować swoją wartość jako znawcy tematu, ale rzadko stoi za tym doświadczenie i zrozumienie tematu. Pamiętam pewnego pana, mówiącego bardzo pięknie i kwieciście, który oszołomił współbiesiadników swym wywodem na temat mojego ajvaru a szczególnie jego „ zbyt głębokiej i zbyt świeżej nuty pomidorowej”. Kiedy triumfalnie unosił się nad stołem, puchnąc z dumy i samozadowolenia usłyszał moje: ale w składzie nie pomidorów… Moment konsternacji wydawał się nie mieć końca. Nie chodzi o to, że utarłem komuś nosa (chociaż to zaskakująco miłe uczucie haha), chodzi o rozmowę, wymianę doświadczeń a nie mówienie, w celu słuchania własnego głosu. Nowoczesne (i nie tylko) gotowanie to właśnie rodzaj rozmowy, wymiany doświadczeń, opowiadanie historii a źle zrobione fusion, to… ten pan mądrzący się przy stole.

O wiele więcej możemy nauczyć się o swoich preferencjach smakowych podchodząc do jedzenia i gotowania z umysłem otwartym, brakiem zahamowań i przede wszystkim opierając się na własnym podniebieniu. Próbując, próbując, próbując. Wtedy nie potrzebujemy etykiet…


Anna Hansen z Modern Pantry w Londynie też nie lubi określania jej gotowania mianem fusion, nazywa je modern. Ja też tak uważam i chętnie dodałbym, wielkomiejskie, kosmopolityczne. Jej dania są pozornie proste - dla domorosłych znawców mało interesujące (no chyba, że gdzieś wyczytają inaczej hehe), ale zawsze pełne smaku. Polecam omlet z krewetkami macerowanymi w cukrze z chilli i kolendrą. Pracochłonny, ale warto :)

Omlet z krewetkami macerowanymi w cukrze z chilli i kolendrą
(4 porcje)

16 surowych krewetek tygrysich (przeciętych na pół)
1 trawa cytrynowa (rozgnieciona kilkoma uderzeniami wałka i pocięta na kilka części)
30g świeżego imbiru (plastry)
3 liście kaffir lime (pocięte w paski)
1 łyżeczka suszonych płatków chilli
1 łyżka sosu sojowego
1 łyżka sosu rybnego (nam pla)
100g cukru
12 jaj
Sól morska
1 zielone chilli (pestki usunięte i pocięte w super-cienkie plastry)
Kilka dymek ( pocięte w plastry)
Liście kolendry
3-4 łyżki masła
Sambal oelek (opcja)

Żeby zamacerować krewetki wymieszaj krewetki z trawą cytrynową, imbirem, liśćmi kaffir lime, płatkami chilli, sosem sojowym, sosem rybnym i cukrem, przykryj i wstaw do lodówki na 24 godziny. Opłucz krewetki i osusz ręcznikiem papierowym. Możesz przechowywać je szczelnie zamknięte w pojemniku przez maksymalnie sześć dni.

Najlepiej jest smażyć omlety indywidualnie*. Przeznacz 3 jajka na każdy omlet , rozbełtaj je w miseczce dodając pół łyżeczki sambal (jeżeli używasz). Nie dodawaj soli. Rozgrzej masło na patelni na średnim ogniu. Podziel krewetki na 4 porcje. Kiedy masło zacznie bąbelkować dodaj krewetki, a kiedy są prawie gotowe wlej rozbełtane jajka. Zamieszaj patelnią kilka razy, zmniejsz ogień, posyp chilli i dymką. Kiedy jajka są prawie gotowe złóż omlet na pół używając szpatułki. Serwuj posypany kolendrą i z dodatkiem łyżeczki sabalu.

* Jeżeli chcesz, możesz użyć dużej patelni i usmażyć jeden duży omlet.

środa, 6 lipca 2011

Racuszki cukiniowo-kukurydziane z fetą i jogurtem różanym

Młodzi faceci często unikają rozmów o stosunkach damsko-męskich a kiedy już podejmą temat ich machoizm gra pierwsze skrzypce. Są … mówiąc delikatnie, atawistycznie nastawieni do tematu, ale najczęściej to tylko fasada, pod którą można znaleźć więcej treści. Racuch potrafił wprowadzić w zakłopotanie wielu z naszych bardziej wstydliwych kolegów. Jego opowieści i maksymy były zawsze bardzo dosadne i pozostawiały niewiele miejsca na romantyczne wyobrażenia. Często powtarzał, że kiedy zacznie starać się o dziecko to przez pół roku codziennie, parę razy dziennie będzie jadł jogurt i wtedy NA PEWNO będzie miał syna! I ma syna:)


Dzisiaj mam dla Was racuszki (dużo bardziej romantyczne niż tezy mojego kolegi), które w połączeniu z różanym jogurtem tworzą paletę smaków porównywalną do prawdziwego romansu;)


Racuszki cukiniowo-kukurydziane z fetą i jogurtem różanym
(5-6 porcji)

400g zielonej cukinii
1 kolba kukurydzy
2 średnie jajka
100g mąki
5g proszku do pieczenia
5 daktyli +2 do dekoracji (pocięte w małe cząstki)
100g sera feta
Sól morska
Świeżo zmielony pieprz
Olej do smażenia

Jogurt różany:
300g jogurtu greckiego
4-5 łyżek wody różanej
3-4 łyżki miodu
8 liści mięty (porwane na małe cząstki)+ kilka do dekoracji
Sok z cytryny (opcja)
Płatki „niepryskanej” róży do dekoracji

W misce zetrzyj cukinię na dużych oczkach tarki, zetnij ziarenka kukurydzy z kolby, dodaj jajka, mąkę i proszek do pieczenia, przypraw solą i pieprzem i wymieszaj. Wrzuć pokruszoną fetę i daktyle, wymieszaj. Usmaż na rozgrzanym oleju próbny placuszek. Dopraw do smaku, jeżeli jest taka potrzeba. Jeżeli używasz jednej patelni, usmażone racuchy możesz przechowywać przed podaniem w rozgrzanym do 110-120ºC piekarniku.

Żeby zrobić jogurt różany wymieszaj ze sobą wszystkie składniki oprócz płatków róży i soku z cytryny. Spróbuj, powinien być zbalansowany, smaki powinny się uzupełniać, żaden nie powinien dominować. Jeżeli uważasz, że któregoś ze składników jest za mało, dodaj więcej. Dużo zależy od kwasowości jogurtu bazowego. Ja dodaję odrobinę soku z cytryny dla ożywienia smaków.

Sposób podania zależy od Ciebie, moją wersję już znasz:)