Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sosy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sosy. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 8 września 2013

Pikantna salsa śliwkowa z brandy i pistacjami

Kiedy myślę o śliwkach nie myślę o nich jako ulubionych owocach, raczej myślę ulubionych przetworach. Nalewka śliwkowa, śliwowica, powidła, pieczone w cieście... Nie wiem skąd to lekko-paradoksalne podejście, które powoduje, że nie przepadam (choć jadam) za surowymi a uwielbiam przetworzone.


Może są zbyt pospolite? Kiedy dorastałem były wszechobecne, pewnie dlatego ich tak nie doceniam, mówiąc dokładniej przeoczam. A może to przez tą małą przygodę z przedawkowaniem czy jak kto woli skórką przyklejoną do żołądka, po której przez wiele lat rozgryzałem je tylko po to żeby mieć pestkę do „strzelania” z palców haha!


Teraz jadam je w każdej postaci, chociaż zapytany znienacka, na pewno nie umieściłbym ich w pierwszej piątce ulubionych owoców, ale zdroworozsądkowo i statystycznie tam się znajdują ;) Nie ma co dywagować i bić piany, zapraszam na obłędny dodatek do ryb i mięs a szczególnie łososia lub kaczki. Prościej i smaczniej już nie można.


Pikantna salsa śliwkowa z brandy i pistacjami
(4-6 porcji)

350-400g dojrzałych, ale twardych śliwek*
Szczypta brązowego cukru (do smaku)
1 mała czerwona cebula
3 dymki lub mały pęczek szczypiorku
1 mały pęczek kolendry
1 czerwona papryczka chilli
5-6 łyżek oleju rzepakowego
2-3 łyżki brandy lub śliwowicy
½ łyżeczki soli morskiej
2-3 łyżki posiekanych pistacji
Potnij śliwki w co najmniej półcentymetrową kostkę, wymieszaj z cukrem i odstaw. Drobno posiekaj cebulę, dymkę, kolendrę i chilli, dodaj do śliwek. Wymieszaj z olejem i brandy, dopraw solą i odstaw na 10-15 minut. Przed podaniem posyp pistacjami. Podawaj z łososiem i gotowanymi, zielonymi warzywami.

* idealnie węgierek

środa, 3 lipca 2013

Chimichurri. Najlepszy? Najlepsza? Najlepsze?

Panie! Dlaczego umieściłeś mnie w niewłaściwej epoce? – czasami zadaję to pytanie niekoniecznie patrząc w niebo. Podejrzewam, że chodzi tutaj o minimalną czasową desynchronizację aczkolwiek robiącą wielką różnicę w jakości mojego życia ;) A może to jest związane z wiekiem? Faza pytań egzystencjalnych, poszukiwanie prawdy, celu i ... sami wiecie – odkąd dorosłem do butów numer 7 nieco dokładniej rozglądam się za siebie...1


Kto wymyślił słowo najlepszy? Mam wrażenie, że nie był to najlepszy pomysł. Chociaż to nie idee są głupie a ich wypaczenia po wprowadzeniu w życie. O czym mówię? O tym, że gastronomia a co za tym idzie blogi kulinarne jako jej satelity również powinny się od idei najlepszości trzymać jak najdalej. Dlaczego chcemy być najlepsi (to jeszcze jestem w stanie zrozumieć)? Dlaczego nazywamy się najlepszymi (tego już nie rozumiem)? Czy nie wystarczyłoby być sobą, ścigać się ze sobą swoimi umiejętnościami, słabościami i tylko wymieniać doświadczeniami? Rene Redzepi powiedział kiedyś-  „Noma najlepsza? Na pewno tak, jak zapytacie moją mamę, wtedy na pewno tak”. I to jest rozumowanie, którego polecam się trzymać ;)


Uprzedzając wszystkie ewentualne próby uzmysłowienia mi, że żyjemy w bardzo konkurencyjnych czasach i każdy chce zarobić lub skapitalizować swój poświęcony czas i wysiłek, etc, odpowiadam: jestem tego świadomy, ale jako kucharz i bloger z zamiłowania do sztuki kulinarnej a nie tymczasowej „mody na gotowanie” nie zgadzam się na to. Jak dziecko w supermarkecie przy stoisku ze słodyczami rzucam się na podłogę i biję pięściami i nogami w podłogę. Protest na całego!


Ile już zarobiłeś na blogu? – zapytał mnie 5 minut wcześniej poznany człowiek na imprezie. Zdębiałem i zastanawiałem się zawzięcie czy od mojego ostatniego wyjścia na domówkę zmienił się savoir vivre? Nie po to piszę... Lajki, statystyki, ceny, rozmiary banerów, zaproszenia do telewizji śniadaniowych, .... wpisz co lubisz... – to nie jest istota blogowania, to przyjemny skutek uboczny. Szukanie czy też obwieszczanie najlepszości powoduje bezsensowne napięcia, wyścigi i czepialstwo czy pate to jeszcze pâté a może to tylko pasztet? Gotowanie wymaga wiele poświęcenia i pozytywnych uczuć a żeby być dokładnym i niestety górnolotnym – miłości a ta zaczyna się tam gdzie kończy duma, która nie pozwala nam się dzielić. A dzielenie się jest sensem zarówno gotowania jak i blogowania.


To trochę tak jak z dumnymi Brytyjczykami i ich widzeniem świata. Kanał Angielski czyli La Manche, Falklandy czyli Malwiny a po co zastanawiać się czy Falklandy to Malwiny czy Malwiny to Falklandy, lepiej wypić dobrego Malbeca w Buenos Aires jedząc steka z chimichurri i cieszyć się życiem.


A żeby tak daleko nie jechać, spróbujcie mojej, miętowej wersji chimichurri2 już teraz. Powiem tylko, że idealnie zgrywa się z burgerami z długo duszonym a potem grillowanym karczkiem jagnięcym.

Miętowe chimichurri

1 pęczek mięty
1 pęczek kolendry
4 ząbki czosnku
100ml oliwy z oliwek lub dobrej jakości oleju
2 łyżki octu sherry (może być winny czerwony)
1-2 szczypty płatków suszonego chilli
½ -1 łyżeczki soli morskiej
świeżo zmielony pieprz

Posiekaj zioła i czosnek, dodaj pozostałe składniki, wymieszaj, spróbuj, ewentualnie dodaj troszkę więcej soli, odstaw na 15-20 minut. Gotowe. Przechowuje się w lodówce 2-3 dni w stanie doskonałym a potem zaczyna tracić swój urok.

1.Wojciech Waglewski – Voo Voo – Urosłem, płyta „Z kobietami”.

2.W wersji podstawowej chimichurri to mieszanka pietruszki i oregano.

wtorek, 19 lutego 2013

Wolno pieczony boczek, bułki na parze i sos musztardowy z marynowanym ogórkiem czyli Momofuku Pork Buns


Leonardo Da Vinci powiedział że prostota jest szczytem wyrafinowania po tym jak otarł rękawem koszuli strużkę tłuszczu spływającą z kącik a ust po przełknięciu ostatniego kęsa swojego lanczu w Momofuku… a potem się obudziłem. Chociaż nie zaskoczyła by mnie wiadomość, że wśród zapisków Leonarda była przepowiednia dotycząca nowojorskiego baru serwującego najlepsze pork buns w mieście, w końcu wielkim wizjonerem był ;)


Taka właśnie jest kuchnia Davida Changa – prosta i wyrafinowana, chociaż ta prostota to tylko pozór, który wskazuje na geniusz twórcy. Łatwo skomplikować sprawy nie tylko na talerzu, każdy z nas o tym wie, ale odwrócenie procesu to już inna historia a on to opanował do perfekcji ;)


Momofuku zostało w tym roku wybrane jedną z dwudziestu najbardziej wpływowych restauracji w Stanach Zjednoczonych według magazynu Bon Appétit. Dla osób zainteresowanych tematem to raczej potwierdzenie obiegowej opinii, w końcu od lat należy do elity szefów kuchni wprowadzającej nowy porządek kulinarny świata. Przyjaźni się i współpracuje kreatywnie z Rene Redzepim, Massimo Bottura czy Alexem Atala, wydaje magazyn Lucky Peach i prowadzi program The Mind of a Chef - imponujące osiągnięcie jak na dziewięć lat od otwarcia pierwszej własnej restauracji, przepraszam, ramen baru. Oklaski!


Polecam zmierzenie się z prostotą Momofuku i obiecuję, że każda minuta czekania na efekt końcowy będzie wynagrodzona po stokroć.

Wolno pieczony boczek, bułki na parze i sos musztardowy z marynowanym ogórkiem czyli Momofuku Pork Buns 

Pieczony boczek:

1½ kg surowego boczku bez skóry
50g soli morskiej
75g cukru
1 łyżeczka wędzonej papryki
2 ząbki czosnku (rozgniecione)

Wymieszaj sól, cukier, paprykę i czosnek. Natrzyj boczek, zawiń w folię spożywczą i wstaw do lodówki na noc a najlepiej 24 godziny.

Rozgrzej piekarnik do 230ºC.
Wyjmij boczek z folii, wytrzyj powstałe soki, ułóż w głębokiej blasze i przykryj folią aluminiową. Piecz przez 30 minut a następnie zmniejsz temperaturę do 150 ºC i kontynuuj pieczenie przez 2 godziny.

Kiedy boczek jest gotowy przełóż go na talerz lub blachę i ostudź. Następnie przykryj folią i wstaw do lodówki do kompletnego wystudzenia.

Potnij na plastry wielkości pasującej do bułek i podsmaż na rozgrzanej patelni aż się zrumienią.

Bułki na parze:
(ok.30 sztuk)

200ml mleka
7g drożdży suszonych błyskawicznych
1 łyżka cukru
400g mąki
1/2 łyżeczki proszku do pieczenia
Łyżka miękkiego masła (opcja)
Olej sezamowy

Wymieszaj 100ml ciepłego mleka, drożdże, cukier, 2 łyżki mąki i odstaw w ciepłe miejsce na 15 minut aż się "spieni".

Wymieszaj pozostałą mąkę z proszkiem do pieczenia, dodaj spienione drożdże i stopniowo dodając mleko zagnieść na gładkie ciasto. Odstaw na godzinę do wyrośnięcia/ podwojenia objętości. Podziel na małe kulki, przykryj folią lub ścierką. Następnie każdą z nich rozwałkuj na posypanej mąką stolnicy na 3-5 mm placek, posmaruj olejem i złóż na pół. Układaj na papierze do pieczenia, przykryj ścierka.

Gotuj na parze w koszyczku przez ok 2-3 minut.

Sos z piklowanej gorczycy i ogórków:

50g gorczycy
120ml wody
120ml octu ryżowego
30g cukru
Szczypta soli

½ ogórka pociętego w drobną kostkę
Szczypta soli
Szczypta cukru

3 łyżki musztardy Dijon
3 łyżki majonezu
3 łyżki dymki pociętej w krążki
Sól morska
Świeżo zmielony pieprz

Wymieszaj w rondlu gorczycę, wodę, ocet, cukier i sól. Gotuj przez 45 minut często mieszając aż ziarna gorczycy będą nabrzmiałe. Zdejmij z ognia i ostudź. Jeżeli zrobisz ich więcej przechowuj przykryte w lodówce (nawet kilka tygodni).

Wymieszaj ogórka z solą i cukrem. Odstaw na 20-30 minut. Odsącz nadmiar soku.

Żeby zrobić sos wymieszaj 5-6 łyżek piklowanej gorczycy z pozostałymi składnikami.

Zrobienie tych trzech podstawowych elementów dania daje wiele możliwości ich konfiguracji i drobnych zmian. Możesz dodać polecane przez Davida Chang’a  szybko marynowane plastry ogórka (taki sam sposób marynowania jak ogórka do sosu) albo skarmelizować mięso używając sosu sojowego, miodu i chilli. Tak naprawdę Ty stwarzasz opcje i nie bój się eksperymentować ;)

Ja podaję je w najprostszej formie: z liśćmi sałaty (chyba muszą być dobre bo amerykańska żona mojego szefa zjada je na śniadanie, obiad i kolację. Obiecałem jej, że mąż się nie dowie… Mówię serio!).

sobota, 24 listopada 2012

Łupacz na puree z topinamburu i brukwi z salsą kolendrową


Uwielbiam komentarze w stylu: „krewetki? łeee-robale!”, „puree- nie, mam złe skojarzenia”, „nie lubię ryb bo mają ości”, „piękne danie, ale ja poproszę bez tego, tego i tamtego”… „Cywilom” je wybaczam, ale jeżeli padają z ust kogoś kto nazywa się miłośnikiem dobrego jedzenia to tylko w wypadku przedstawienia sensownego uzasadnienia, chociaż najbardziej doradzam przemilczenie ;)


Gdzie zaczyna a gdzie kończy się prawdziwy foodie? Czy wystarczy o sobie tak powiedzieć i już się nim jest? Czy można być foodie i nie poszerzać swoich kulinarnych horyzontów? Dać się zastraszyć traumom z dzieciństwa i smakowo poruszać tylko w swojej wygodnej przestrzeni kilku ulubionych smaków?


Pytam, ponieważ kilka miesięcy temu uczestniczyłem w dyskusji z pewną imponującą swym kulinarnym zacięciem (przynajmniej na pierwszy rzut oka) grupą miłośników jedzenia. Zapytałem o szansę wprowadzenia do ich jadłospisu brukwi. Otrzymałem wiele emocjonalnie naładowanych odpowiedzi, głównie negatywnych, część posądziła mnie o chęć przeniesienia ich w czasy okupacji, mimo tego, że oni sami urodzili się długo po a inni byli (chyba) zniesmaczeni próbą karmienia ich jedzeniem dla zwierząt. Kiedy emocje opadły znalazło się paru odważnych, którzy przyznali się do spożywania… brukwi oczywiście.


 Muszę przyznać, że nie jestem poszukiwaczem ekstremalnych doznań kulinarnych, ale zawsze daję kredyt zaufania nowemu składnikowi czy daniu. „Biesiadni obrzydzacze” nie mieli wielkiego wpływu na moje podniebienie aczkolwiek przyznaję, że słabsze jednostki mogłyby zostać zdeformowane przez takie zachowanie. Te westchnięcia, okrzyki, miny, sami wiecie o czym mówię… ja im mówię nie!


Brukiew i topinambur to jedno z moich ulubionych połączeń. Do pieczonych mięs, do ryb a nawet kiełbasek z grilla czy ogniska – sprawdza się doskonale, smakuje świetnie i kolorem ożywia talerz :)

Łupacz na puree z topinamburu i brukwi z salsą kolendrową
(4 porcje)

4x 150-200g porcje fileta z łupacza lub dorsza
Sól morska
Olej do smażenia

Puree:
250g brukwi (obranej i pociętej w równe kawałki)
250g topinamburu (obranego i pociętego w równe kawałki)
50g masła
Sok z cytryny (do smaku-opcja)
Sól morska
Świeżo zmielony pieprz

Salsa:
Duży pęczek kolendry
1/2 zielonego chilli
1 ząbek czosnku
Skórka starta z ¼ cytryny
Sok z ¼ cytryny
3-4 łyżki oliwy z oliwek

Przypraw filety solą (obficie, ale bez przesady!), przykryj i wstaw do lodówki na czas gotowania puree (ok. 30 minut). To spowoduje, że ryba nabierze bardziej zwartej konsystencji.

Zalej warzywa obficie wodą i ugotuj do miękkości. Odcedź na durszlaku, zostaw na 2-3 minut do odparowania, przełóż do garnka/pojemnika dodaj masło i zmiel blenderem na jednolitą masę. Dopraw solą, pieprzem i odrobiną soku z cytryny. Odstaw w ciepłe miejsce.

W międzyczasie posiekaj drobno (ale nie bardzo drobno, żeby nie wyszło z tego pesto)  liście kolendry, dodaj posiekaną papryczkę chilli, posiekany i rozgnieciony czosnek, wymieszaj z resztą składników.

Opłucz rybę z soli i osusz ręcznikiem papierowym. Rozgrzej olej na patelni (średni gaz), połóż filety skórą do dołu i smaż przez 2-3 minuty, odwróć smaż kolejne 2-3 minuty, odwróć ponownie i posmaruj rybę salsą. Zmniejsz ogień, po minucie zdejmij z ognia i podawaj z puree i brokułami lub innymi zielonymi warzywami*.


*Czas smażenia oczywiście może być różny w Twoim przypadku, wszystko zależy od wielkości ryby, jej temperatury i temperatury patelni.
** Możesz rybę upiec w piekarniku lub pod grillem, jak wolisz, ważne żeby salsę dodać pod koniec i żeby ona „ugotowała się” tylko temperaturą emitowaną przez mięso ryby.

środa, 9 maja 2012

Wakacyjne ziemniaczki z sosem Mojo

Znudzony szarym niebem nad Londynem zacząłem planować wyjazd w ciepłe miejsce. Zabijając czas pozostały do wylotu recyklinguję promienie słońca z wakacyjnych zdjęć a dla wzmocnienia efektu oglądam pamiątki z ostatniej podróży- bilet za wypożyczenie leżaków, dwie pocztówki i zapisane na druku kelnerskim przepisy.


Przypomniało mi to o obietnicy złożonej właścicielowi Balcon Canario, mojej ulubionej restauracji w Puerto Rico na Gran Canaria, jednej z niewielu stricte Kanaryjskich restauracji w okolicy, a już na pewno najbardziej profesjonalnej i zrelaksowanej. Jedzenie jest tam autentyczne, apetycznie podane, mięso i ryby najwyższej jakości, chociaż niestety warzywa nie są ich mocną stroną. Obsługa doskonale „panuje nad sytuacją” niezależnie od natężenia ruchu a dodatkowo jeden z kelnerów, Nicholas, wygląda jak hollywoodzki amant ze starych filmów. Dodatkowym atutem jest to, że zupełnie niezgodnie z miejscowym zwyczajem „nie napadają” (wciskając menu) na potencjalnych klientów na ulicy.


Poprosiłem Jacinto (właściciela) o parę przepisów na tradycyjne i najbardziej charakterystyczne dla tego regionu dania a w zamian obiecałem się nimi podzielić z Wami, czytelnikami bloga. Wybrałem dwa, moim zdaniem najbardziej reprezentatywne: czerwony sos Mojo (Mojo Rojo) i pomarszczone ziemniaki (Papas Arrugadas). Sos Mojo to „kanaryjski keczup”- dodawany do wszystkiego- tapas, ziemniaków, krewetek czy sałat a ziemniaki… pyszne, intensywne w smaku i zapewne za sprawą soli morskiej z lekkim posmakiem morza, trochę przypominające te pieczone w ognisku- tak czy owak wakacyjne ;)


Papas con Mojo czyli ziemniaki po kanaryjsku z czerwonym sosem Mojo

Sos Mojo:
1 ząbek czosnku (obrany i posiekany)
1 łyżka mielonego kminu rzymskiego
1 łyżeczka słodkiej czerwonej papryki w proszku
1 łyżeczka soli morskiej
2 łyżki oliwy z oliwek
2 czerwone papryki (gniazda nasienne wycięte)
Miąższ białego pieczywa (do zagęszczenia )

W moździerzu zmiel dokładnie czosnek, kmin, paprykę w proszku i sól z łyżką oliwy. Postaraj się żeby czosnek nie zostawił żadnych grudek. Dodaj drugą łyżkę oliwy i przełóż powstałą masę do blendera. Dodając sukcesywnie po pół papryki zmiel na jednolitą masę, zgęść białym pieczywem a następnie przeciśnij przez sitko (to opcja, którą polecam, chociaż możesz ten krok pominąć).

Papas Arrugadas:
1kg małych „młodych” ziemniaków
100g soli morskiej

Wybierz ziemniaki zbliżonej wielkości, umyj, włóż do garnka, zalej wodą parę milimetrów poniżej ich
wysokości, wsyp sól i przykryj je ścierką lub krążkiem papieru do pieczenia (albo tradycyjnie liśćmi kapusty)- nie przykrywaj przykrywką! Gotuj na wolnym ogniu przez około 20 minut od momentu wrzenia. Kiedy ziemniaki będą miękkie, odlej resztę wody i osusz je w garnku na wolnym ogniu uważając, żeby nie przypalić. Powinny być lekko pomarszczone i pokryte solną „mgiełką”.

Podając, polej ziemniaki obficie sos. Smacznego!


* Sosu prawdopodobnie wyjdzie Ci za dużo, ale tak jak mówiłem, doskonale nadaje się do innych potraw. Możesz go przechowywać w lodówce 4-5 dni.

sobota, 14 kwietnia 2012

Nie taki pierwszy raz straszny…


Pierwszy raz to ciekawość i niepewność, to często skrępowanie i nadzieja na spełnienie oczekiwań. Pierwszy raz rzadko bywa idealny. I nie mówię tutaj o tym o czym Wy myślicie… ;)


Ostatnio miałem wiele pierwszych spotkań. Pierwszych po latach, pierwszych po niepotrzebnym oddaleniu oraz pierwszych sensu stricte. Żadne z nich mnie nie zawiodło, żadne z nich nie wydawało się pierwsze. To niesamowicie piękne uczucie spotkać kogoś po raz pierwszy i rozmawiać tak jakby kontynuowało się rozmowę przerwaną tylko na wyjście do toalety. Kiedy nie ma momentów konsternacji, potrzeby wyszukiwania tematów lub krępującej ciszy, kiedy nawet wspólne milczenie jest przyjemne a czas mija zbyt szybko.


Tak też wyglądało moje pierwsze zetknięcie z czarnym czosnkiem, natychmiastowo trafił na listę moich ulubionych składników. Jego wygląd i łatwość adaptacji do potraw, ale przede wszystkim słodko-balsamiczny smak zadecydowały, że nie opuszcza mojej kuchni.


Wiem, że mogą być problemy z jego dostępnością w Polsce (i nie tylko), ale naprawdę polecam wypróbowanie. Poza tym dla pięciu osób, które będą chciały się przekonać jak on smakuje, mam propozycję. Zostaw komentarz na blogu lub wejdź na stronę facebookową eat after reading i polub tego posta lub zostaw komentarz (masz czas do godz 24-tej we wtorek 17-go kwietnia) a ja wylosuję 5 osób z którymi się skontaktuję ;)

Smażony labraks z vinegretem z czarnego czosnku
(4porcje)

4 filety labraksa
Olej do smażenia + łyżka masła
Sól morska

Vinegret z czarnego czosnku:
200ml wody
3 płaskie łyżki cukru
4-5 ząbków czarnego czosnku (posiekane)
1 plaster (2mm grubości) imbiru
75ml sosu sojowego
50ml sosu rybnego (fish sauce/ nam pla)

Garnisz:
Dymka (pocięta w cienkie krążki)
Czerwona papryczka chilli (pocięta w cienkie krążki)
Imbir (2-3 plastry pocięte w bardzo cienkie „zapałki”)

Do podania:
Puree ziemniaczane z dymką lub makaron ryżowy*

Żeby zrobić vinegret zagotuj wodę z cukrem, czosnkiem i imbirem. Kiedy woda się zagotuje zdejmij z ognia, wymieszaj, żeby cukier się rozpuśćił i odstaw na 15 minut. Następnie, dodaj sos sojowy i rybny i zmiel dokładnie blenderem.

Usmaż rybę. Natnij poprzecznie filet w kilku miejscach, rozgrzej niewielką ilość oleju (tyle, żeby mała warstwa oleju pokrywała dno patelni), połóż filety skórą do dołu, lekko „porusz” patelnią, żeby ryba nie przykleiła się do dna, przyciśnij przez chwilę łopatką i smaż przez 4-5 minut na średnim ogniu. Następnie przewróć na drugą stronę i smaż kolejną minutę lub dwie, dodaj masło i polewaj nim skórę. Podawaj na puree ziemniaczanym lub makaronie ryżowym, obficie polane vinegretem i posypane dymką, chilli i imbirem.

* Wymieszaj gorący makaron ryżowy z podsmażonymi i osuszonymi z tłuszczu grzybami shitake (2-3 na porcję), kiełkami fasoli mung, dymką, plastrami ogórka i kolendrą. Dodaj vinegretu z czarnego czosnku i wymieszaj.

**Więcej o czarnym czosnku przeczytasz tutaj: black garlic, życie ze smakiem, kuchnia.
***Inspiracja: Gary Rhodes.

środa, 23 listopada 2011

Gość w kuchni

Od wczesnego popołudnia siedział przy barze. Szczupły brunet o regularnych rysach sączył różnego rodzaju trunki wpatrzony w wysoką barmankę czarując ją jednocześnie bardzo zaangażowaną i wielowątkową konwersacją, która ewidentnie jej schlebiała. Patrząc na nich trudno było się zdecydować czy znają się od dawna czy są nowozakochani. On jej prawił komplementy a ona opierając łokcie o bar patrzyła mu prosto w oczy i spijała je z jego ust prawie fizycznie. Siedzący wokół baru klienci nie ukrywali swojego zainteresowania dalszym ciągiem spotkania…


Na pewno już o tym wspominałem, ale dla pewności powtarzam, że moje miejsce pracy oprócz pubu i restauracji ma siedmio-pokojowy hotelik. Żeby do niego dotrzeć trzeba przejść obok kuchni a czasami nawet poprosić nas o otwarcie drzwi oddzielających część hotelowo-kuchenną od reszty. Otwieramy na hasło - trzy uderzenia pięścią w ścianę ;)

Usłyszałem pukanie i poszedłem otworzyć. Kiedy uchyliłem drzwi bardzo ładna i bardzo zdenerwowana dziewczyna przemknęła obok mnie bez słowa rzucając lodowate spojrzenie. Za drzwiami słychać było szybkie choć niezbyt regularne kroki. Ona pobiegła do jednego z pokojów piętro wyżej, a zanim ponownie otworzyłem drzwi była już z powrotem żądając ode mnie nowego klucza do jej pokoju (Szok! Stałem bez słowa. Przecież ja tu tylko gotuję!!). Starając się wytłumaczyć swoją sytuację (sic!) nacisnąłem klamkę i uchyliłem drzwi. Brunet z baru z szerokim uśmiechem na twarzy wręczył jej klucz i nie zwracając na nią więcej uwagi, zupełnie zrelaksowany mówi do mnie: „Co dobrego dziś na obiad, bo jestem głodny. Ty tu gotujesz?” – na co ja korzystając z absurdalnie wysokiego poziomu napięcia w powietrzu, odpowiadam: „Wydaje mi się, że dzisiaj będziesz musiał ugotować sobie coś sam”. – „Nie ma sprawy gdzie jest kuchnia?” – „Przed Tobą!”.


Wszedł do kuchni, zdjął marynarkę i z miejsca poczuł się jak u siebie. -„ Co mam robić?” – „Umyj ręce, załóż fartuch, poćwiartkuj pomidory i posiekaj cebulę” – miałem nadzieję, że go zniechęcę, ale skąd- zaangażowanie 100%. Temperatura w kuchni szybko wpłynęła na jego samopoczucie. Z minuty na minutę wydawał się być bardziej pijany. – „Mam świetny pomysł, dokończysz swoje dzieło jutro. Zrobisz ze mną poranną zmianę, śniadanie - prosta rzecz. Na dzisiaj wystarczy, Twoja dziewczyna nie wygląda na zbyt zadowoloną… też widziałem Cię przy barze…wpadłeś jak śliwka…”. Zdjął fartuch, złożył go w kostkę i odłożył na stół. Wyprostował się, pokiwał głową (chyba zgadzając się z tym co powiedziałem) – „To nie jest moja dziewczyna. Znaczy już nie jest…od Szwecji…czyli piątku… Tylko razem podróżujemy. O której zaczynam?”; -„Szóstej” - zażartowałem. – „ Będę!”


Nigdy więcej go nie spotkałem, nie przyszedł się pożegnać. Podobno mówił prawdę, że już nie są parą. Może jestem staromodny, ale razem czy osobno trzeba dbać o towarzyszkę podróży. Mam nadzieję, że dalsza część podróży im się udała. Ta historia nie ma żadnego drugiego dna lub morału, może poza tym, że praca w kuchni uczy bycia bezpośrednim w rozmowie i… nie można podrywać dziewczyn/chłopaków na oczach byłych. To świństwo, przynajmniej następnego dnia po rozstaniu ;)

Schabowy z kością w sosie musztardowym z suszonymi śliwkami
(4 porcje)

4 kotlety schabowe (grubości kciuka, ok.200g każdy)
Oliwa z oliwek
4 gałązki świeżego tymianku
Sól morska
Świeżo zmielony pieprz
Łyżka masła
16 suszonych śliwek
200ml białego wytrawnego wina
2 łyżeczki gruboziarnistej musztardy
2 łyżeczki miodu
150ml śmietanki

Posmaruj mięso cienką warstwą oliwy, posyp listkami tymianku z dwóch gałązek i dopraw solą i pieprzem. Rozgrzej na patelni bardzo małą ilość oleju, dodaj kotlety, przyciśnij je na chwilę łopatką i smaż przez 3-4 minuty z każdej strony. Pod koniec smażenia lekko zmniejsz ogień. Mięso powinno być z obu stron zbrązowione, ugotowane w środku i soczyste. Zdejmij kotlety z patelni i odłóż w ciepłe miejsce.

Wrzuć na patelnię masło, dodaj suszone śliwki i pozostały tymianek. Podsmaż przez 20-30 sekund, wlej wino i dodaj musztardę. Gotuj do momentu aż wino odparuje do konsystencji „syropu” (ok.4-5 minut). Wtedy dodaj miód i śmietankę, dopraw solą i pieprzem. Gotuj na mocnym ogniu przez 1-2 minuty żeby zagęścić sos. Dodaj kotlety, podgrzej przez chwilę i podawaj polane sosem z ziemniaczanym puree i zielonymi warzywami (jarmuż lub szpinak świetnie do tego pasują).


Smacznego!

środa, 7 września 2011

Czego człowiek nie dosłyszy...to sobie dopowie

Praca w międzynarodowym i wielokulturowym towarzystwie ma wiele wad i zalet. Nie mówię, że jest trudniejsza- jest bardziej wymagająca, szczególnie na początku. Żarty mogą zostać źle zrozumiane, stanowczość może okazać się agresją a gesty sympatii odebrane jako obraźliwe. To jednak temat na pracę z zarządzania zasobami ludzkimi a moje doświadczenie to raczej duży zbiór zabawnych historii, wpadek sytuacyjno-językowych, prowadzących do jednego wniosku: wyrażaj się jasno, potwierdź, że zostałeś zrozumiany i nie zostawiaj niczego na domysł.


Bardzo lubię obserwować minę naszego marokańskiego* kolegi rozmawiającego przez telefon z kelnerami przekazującymi dodatkowe życzenia klientów. Jeżeli życzenie jest proste- nie ma problemu, ale przy bardziej skomplikowanym mamy na jego twarzy piękną gamę idealnie przechodzących jedna w drugą min. Od uprzejmego uśmiechu przez konsternację z bezmyślnym przytakiwaniem do ewidentnego braku zrozumienia i paniki (w tym momencie przestaje przytakiwać i bez słowa przekazuje mi słuchawkę).


Kilka tygodni temu poproszony o miętę (mint) wysłał kilka kawałków pieczonej wołowiny (meat), ale największym przebojem było opisanie sosu z masła orzechowego jako penis sos (peanut sauce) !! Wczoraj wrócił z wakacji, nie było go prawie dwa miesiące, to wystarczająco, żeby wypaść z rutyny i odzwyczaić się od języka - czekam na efekty ;))

Sos z masła orzechowego
2 łyżki oleju słonecznikowego
2 szalotki (drobno posiekane)
2 ząbki czosnku (drobno posiekane)
2cm kawałek świeżego imbiru (starty na najmniejszych oczkach tarki)
1 czerwona papryczka chilli (drobno posiekana)
250ml mleczka kokosowego
1 łyżeczka brązowego cukru
150g masła orzechowego z kawałkami orzeszków
Łyżka posiekanej kolendry (opcja)
Mała szczypta soli morskiej (opcja)

Rozgrzej olej na średnim ogniu, dodaj szalotki i podsmaż aż zaczną mięknąć, uważając żeby nie przypalić. Następnie dodaj czosnek, imbir i chilli i podsmaż przez 2-3 minuty, wlej mleczko kokosowe. Kiedy zacznie się gotować zdejmij z ognia i wmieszaj masło orzechowe, kolendrę i sól. Jeżeli wydaje ci się za gęste dodaj trochę gotującej się wody.

Podawaj z marynowanym mięsem z grilla.

Ja najbardziej lubię go z wołowiną lub piersią kurczaka pociętymi w długie paski i marynowanymi przez noc w zalewie (przepis na kg mięsa):
100ml oleju słonecznikowego
2 łyżki oleju sezamowego (opcja)
1-2 drobno posiekane chilli
2-3 rozgniecione ząbki czosnku
2-3 łyżki sosu sojowego


* Tak naprawdę jedynego Brytyjczyka w zespole.

wtorek, 12 lipca 2011

Dekadenckie motyle w brzuchu

Czy ten stek jest średnio-wysmażony? – zapytał Tom pokazując mi kawałek suchego jak podeszwa mięsa. Nie wygląda… dla pewności, odkrój jeszcze kawałek- odpowiedziałem. To samo. Co mam robić? mam go oddać? – spojrzał najpierw na mnie, potem na Alexa wzrokiem pełnym nadziei, że powiemy nie, nie oddawaj. Był bardzo głodny i nie chciał się z nim rozstawać, ale … Tutaj powstała cał litania różnych „ale”:
-chciał dostać steka takiego jak lubi,
- nie chciał go zwracać ponieważ sam pracował kiedyś jako kelner i wie, że klienci zwracający dania lądują w szufladce „kłopot” i nie są ulubionymi klientami,
- jest TYLKO klientem i TYLKO chciałby dostać to co zamówił,
- mimo, że to nie ąę restauracja jest to ewidentna wpadka kucharza.


Nie czekając na kelnera udał się prosto do kuchni, żeby problem rozwiązać u źródła. Podobno po oględzinach wzrokowo-dotykowych kucharz stwierdził: noo, trochę mocno średnio-wysmażony… Ach! te szefoskie ego! Hahaha!


Nowy stek był idealny, z lepszego kawałka mięsa i zaserwowany własnoręcznie przez szefa kuchni. Wieczór powrócił na właściwe tory. Powspominaliśmy stare czasy, wpadliśmy na parę pomysłów, wypiliśmy kilka piw, Alex cytując dziesiątki źródeł naukowych przybliżył nam związek pomiędzy udomowieniem wołu, rozwojem rasy ludzkiej a wegetarianizmem jako nurtem uwsteczniającym ten rozwój i…padło hasło tequila! a w zasadzie Crazy Homies czyli bar, który serwuje około 80 różnych rodzajów tego trunku. Mieliśmy tylko pół godziny do zamknięcia.


Akcja była szybka: taxi, tequila, spacerek otrzeźwiający w strugach deszczu zakończony złapaniem kolejnej taxi. Świetny wieczór, mamy plan na więcej takich, w końcu Tom ma niedaleko. Kopenhaga jest tuż za rogiem ;)


Dzisiaj chciałem Wam przedstawić bardzo prosty, ale niebiańsko pyszny sposób na steka. Wszystkie elementy tego dania robiłem od dawna, oddzielnie, jako składniki różnych potraw, ale kiedy je połączyłem po raz pierwszy w jedno – zakochałem się! Renata z ArtKulinaria nawet wymyśliła nazwę tego dania: Motyle w brzuchu i muszę powiedzieć, że trafiła w sedno. Zapraszam!

Marynowany stek z kalafiorem, puree z selera i salsą verde
(4 porcje)

4 steki wołowe (230-250g każdy)
1 czerwona cebula (pokrojona w półkrążki)
1 gałązka rozmarynu
1 mały kalafior
Oliwa z oliwek
Pęczek dymki (spring onions)
Puree z selera (przepis tutaj)

Salsa verde
½ pęczka natki pietruszki
½ pęczka bazylii
1 ząbek czosnku
1 łyżeczka kaparów
1 łyżka soku z cytryny (lub więcej do smaku)
4-5 łyżek oliwy z oliwek
Sól morska
Świeżo zmielony pieprz

Ułóż steki w pojemniku, polej oliwą, posyp cebulą i igiełkami rozmarynu. Wstaw do lodówki na minimum 12 godzin. Obróć steki w międzyczasie przynajmniej raz.


Potnij kalafiora w małe różyczki (jak na zdjęciu) i skrop oliwą. Podsmaż na suchej i mocno rozgrzanej patelni przez minutę, zbrązowiając kalafiora, ale uważając żeby nie przypalić. Następnie zmniejsz ogień do minimum i mieszając co jakiś czas smaż aż będzie miękki. Odstaw na później.

Obierz dymkę z uschniętych warstw i odetnij szczypior (możesz go użyć do innego dania).

Zrób salsę verde. Potnij bardzo drobno natkę pietruszki, bazylię i czosnek (czosnek możesz dodatkowo zmiażdżyć bokiem noża), dodaj do tego „z grubsza” pocięte kapary i wymieszaj z resztą składników. W razie potrzeby dodaj więcej soli lub soku cytrynowego.

Wyjmij steki i odsącz delikatnie z marynaty. Rozgrzej mocno patelnię z minimalną ilością oleju. Smaż steki przez 2 minuty, odwróć, dodaj dymkę i smaż 2 minuty. Zdejmij z ognia, odczekaj 5 minut.

Odgrzej puree i kalafiora, potnij steki w grube plastry. Zaaranżuj wszystkie składniki na talerzach i … zakochaj się ;) Po prostu przez żołądek do serca ;)

Do pełni szczęścia potrzebny byłby argentyński Malbec.

Inspiracja: Chef Cruz Goler z Lupa Osteria Romana, Nowy Jork

środa, 6 lipca 2011

Racuszki cukiniowo-kukurydziane z fetą i jogurtem różanym

Młodzi faceci często unikają rozmów o stosunkach damsko-męskich a kiedy już podejmą temat ich machoizm gra pierwsze skrzypce. Są … mówiąc delikatnie, atawistycznie nastawieni do tematu, ale najczęściej to tylko fasada, pod którą można znaleźć więcej treści. Racuch potrafił wprowadzić w zakłopotanie wielu z naszych bardziej wstydliwych kolegów. Jego opowieści i maksymy były zawsze bardzo dosadne i pozostawiały niewiele miejsca na romantyczne wyobrażenia. Często powtarzał, że kiedy zacznie starać się o dziecko to przez pół roku codziennie, parę razy dziennie będzie jadł jogurt i wtedy NA PEWNO będzie miał syna! I ma syna:)


Dzisiaj mam dla Was racuszki (dużo bardziej romantyczne niż tezy mojego kolegi), które w połączeniu z różanym jogurtem tworzą paletę smaków porównywalną do prawdziwego romansu;)


Racuszki cukiniowo-kukurydziane z fetą i jogurtem różanym
(5-6 porcji)

400g zielonej cukinii
1 kolba kukurydzy
2 średnie jajka
100g mąki
5g proszku do pieczenia
5 daktyli +2 do dekoracji (pocięte w małe cząstki)
100g sera feta
Sól morska
Świeżo zmielony pieprz
Olej do smażenia

Jogurt różany:
300g jogurtu greckiego
4-5 łyżek wody różanej
3-4 łyżki miodu
8 liści mięty (porwane na małe cząstki)+ kilka do dekoracji
Sok z cytryny (opcja)
Płatki „niepryskanej” róży do dekoracji

W misce zetrzyj cukinię na dużych oczkach tarki, zetnij ziarenka kukurydzy z kolby, dodaj jajka, mąkę i proszek do pieczenia, przypraw solą i pieprzem i wymieszaj. Wrzuć pokruszoną fetę i daktyle, wymieszaj. Usmaż na rozgrzanym oleju próbny placuszek. Dopraw do smaku, jeżeli jest taka potrzeba. Jeżeli używasz jednej patelni, usmażone racuchy możesz przechowywać przed podaniem w rozgrzanym do 110-120ºC piekarniku.

Żeby zrobić jogurt różany wymieszaj ze sobą wszystkie składniki oprócz płatków róży i soku z cytryny. Spróbuj, powinien być zbalansowany, smaki powinny się uzupełniać, żaden nie powinien dominować. Jeżeli uważasz, że któregoś ze składników jest za mało, dodaj więcej. Dużo zależy od kwasowości jogurtu bazowego. Ja dodaję odrobinę soku z cytryny dla ożywienia smaków.

Sposób podania zależy od Ciebie, moją wersję już znasz:)

środa, 18 maja 2011

Szefoskie smaczki

Spotkaliśmy się z chłopakami po fachu na kawie. Co myślicie o szynce ze świń karmionych żołędziami? Dobra, ale trochę za mocno rozpływa się w ustach- mówi jeden- mi to akurat pasuje- mówi drugi. – Dziki czosnek? – Uwielbiam. - Nigdy dosyć! – Robiliście kiedyś niesłodką bezę? itd., itp.


Bardzo lubię ten szefoski mikrokosmos. Wspólne rozmowy o technikach, składnikach, żarty, zwierzenia i wszechobecne poczucie wspólnoty. Wspólnoty w trudzie, ale trudzie widzianym jako integralna część zawodu, którą trzeba zaakceptować i polubić a kiedy da w kość, po prostu go krótko podsumować (najczęściej niecenzuralnym słowem, lub kilkoma) i gładko przejść do dalszej części konwersacji. No właśnie, przechodząc dalej… Jeden z moich znajomych dostał pracę w Kai Mayfair i chwaląc się mówi: - Wiesz, super! Naprawdę się cieszę! Pracuję na pół etatu, tylko cztery dni w tygodniu, dobre godziny 8-22, robię co lubię, zaczynam odżywać… - Fajnie - mówię- pół etatu, TYLKO czterdzieści osiem godzin, luz – Spojrzeliśmy na siebie i roześmialiśmy w tym samym momencie. –Ale jedzenie, jest bajkowe- dodał z zachwytem i powagą w głosie. To ostatnie zdanie jest kwintesencją esencji podejścia do tego zawodu…


Wbrew wstępowi, nie przygotowuję Was na trudy wielogodzinnego gotowania. Przeciwnie, dzisiaj będzie szybko i pysznie. Trochę kwintesencjonalno-esencjonalnie;)

Pesto z czosnku niedźwiedziego

(4 porcje)
2 filety anchois/ anchovy
50g liści czosnku niedźwiedziego
1 żółtko z jajka ugotowanego na twardo
1 łyżka starkowanego parmezanu
100ml oliwy z oliwek
2 łyżeczki czerwonego octu winnego

Wrzuć wszystkie składniki do blendera i zmiksuj na gładką masę. Przykyj folią i przechowuj w lodówce nie dłużej niż 5 dni.
Doskonale pasuje do grilowanej piersi z kurczaka z sałatką i ziemniakami.


*Autor przepisu: Gordon Ramsay

środa, 4 sierpnia 2010

Nieoczekiwana symbioza składników

Są tacy, którzy mówią, że składniki potrawy, które rosną, bądź żyją obok siebie w naturalnej symbiozie są idealnym połączeniem a ich kombinacja nigdy nie zawodzi. Są tacy, którzy próbują szukać nowych rozwiązań lub zupełnie nowych składników, jak ja, kiedyś.


Mając mniej więcej dziesięć lat wpadliśmy z kolegą na pomysł posilania się młodymi listkami lipy. Pierwszego dnia były pyszne. Następnego chyba jeszcze lepsze, naprawdę… Tego wieczoru rodzice przyjmowali gości. Przybiegłem z uśmiechem na twarzy, żeby się przywitać i ku memu zaskoczeniu w tymże momencie moje ciało zostało porwane przez dziwną moc o nazwie Niemoc. Wszystko się wydało kiedy mój eksperyment ujrzał światło dzienne. Mama rozszyfrowała zagadkę bardzo łatwo i poprosiła mnie o zmianę diety. A miało być tak fajnie następnego dnia po lekcjach…

…ale wracając do tematu, są też tacy, którzy mówią, że odległości zbliżają i na tym chciałbym się skupić, bo to wbrew pozorom prawda. W przypadku mojego dzisiejszego połączenia ciężko się oprzeć stwierdzeniu, że to zaskakująco idealna para. Oddzielnie bardzo pospolite składniki, a razem? Pełne siły, wyrazu i harmonii. Makrela i agrest.


Grillowana makrela z sosem agrestowym
(4 porcje)

4 świeże makrele
8 gałązek tymianku
8 ząbków czosnku
Sól morska
Świeżo zmielony pieprz (idealnie biały)
Oliwa z oliwek

Sos agrestowy:
250g agrestu bez szypułek
Łyżka masła
50g cukru
100ml białego wina
150ml śmietanki kremówki

Natnij makrele w 4-5 miejscach, posól i popieprz. Do posolonego i popieprzonego „brzucha” włóż tymianek i czosnek. Mocno rozgrzej piekarnik lub grill.

Roztop masło w rondlu o grubym dnie. Dodaj agrest i cukier, przykryj i gotuj przez 7-8 minut mieszając czasami aż agrest zmieni kolor i „zapadnie się”. Wlej wino, zwiększ ogień i gotuj żeby odparować płyn. Następnie dodaj śmietankę i gotując na średnio-mocnym ogniu zmniejsz objętość sosu do połowy. Sprawdź czy nie trzeba dodać cukru.

W międzyczasie polej makrele oliwą i upiecz przez ok.4-5 minut z każdej strony.
Kiedy gotowe, serwuj z sosem, sałatką i grzankami.

* Możesz upiec dodatkową garść agrestu na blasze z makrelami a następnie dodać go do sosu. Ja czasami robię sos tylko z pieczonego agrestu.

niedziela, 18 kwietnia 2010

Schodami w górę, schodami w dół

Wszyscy zapewniali mnie, że mam jeszcze dużo czasu, kiedy wypijaliśmy ostatnie łyki naszych drinków pod Carpenters Arms a przecież później spędziliśmy jeszcze parę godzin w Beach Blanket Babylon…


Wbiegłem szybko pod górę ruchomych schodów do połowy ich długości, kiedy zorientowałem się, że one jadą w dół…cóż zdarza się szczególnie w pośpiechu, po imprezie lub kiedy próbujemy złapać ostatnie metro, które dawno odjechało (w sumie to nic dziwnego kiedy biegnie się w przeciwnym kierunku haha)...Czasami jest tak, że to co widzimy nie jest tym co myślimy, albo to co myślimy nie jest tym co widzimy…filozoficznie z rana się zrobiło…


…parę godzin wcześniej wchodząc do BBB zostaliśmy wycałowani przez Maitre’d i usadzeni przy barze, gdzie (ku naszemu zdziwieniu) zostaliśmy lekko zignorowani przez nazbyt przejętych swoją gwiazdorską rolą barmanów. Wszystko się zmieniło kiedy pojawił się właściciel oferując nam darmową butelkę wina jako rekompensatę za zachowanie swoich pracowników. Wieczór nabierał tempa. Chwilę później przeniósł się na poziom prędkości, którymi ja generalnie nie operuję - Elliott przedstawił mnie jako fotografa FHM!! (przecież ja tylko wiem co to jest aparat!!!) nie tracąc wątku podchwyciłem temat ( jak mówiłem wcześniej nie byłem w stanie protestować) i opowiadałem o “swojej” pracy w biznesie a raczej o Feliksie Dennisie, któremu Boss podobno pożyczył pieniądze na rozkręcenie fanzina z plakatami zespołów w latach 70-tych a co parę lat późnoej przerodziło się w jedno z większych wydawnictw, wydających Maxim’a , FHM i parę innych…rozgadałem się, Robert (właściciel) stracił swoje podejrzliwe spojżenie i poprosił nas o skosztowanie jego ulubionego wina…nie wypadało odmówić.


Jak już mówiłem czasami jest tak, że to co widzimy nie jest tym co myślimy, albo to co myślimy nie jest tym co widzimy lub smakujemy. Mój dzisiejszy “sos” też jest takim tworem, który wygląda jak majonez a nim nie jest, ma jego konsystencję a smakuje inaczej. Po raz kolejny taki sam a inny:) Rouille, bo o nim mówię, to gęsty sos/puree/emulsja z ziemniaków i oliwy, który jest doskonałym dodatkiem do ryb.


Ja przygotowałem go z barweną i podałem ją na podsmażonej cukinii z pomidorowym concasse.



Filet barweny z kolendrą, koperkiem, oliwą i sosem Rouille
(2 porcje)

2 filety barweny (lub innej małej ryby morskiej)
1 drobno posiekana szalotka
1 pomidor
½ małej zielonej cukinii
2 czarne oliwki przecięte w spiralę
2 kromki bagietki
Oliwa z oliwek
Łyżeczka posiekanej kolendry
Łyżeczka posiekanego koperku
30g masła
Sól morska
Świeżo zmielony pieprz


Rouille
Szczypta szafranowego pudru
3 obrane i zblanszowane ząbki czosnku
100gr ugotowanych małych ziemniaków
½ czerwonego chilli
1 żółtko (opcjonalnie)
Sok z ¼ cytryny
50-75ml oliwy z oliwek
Sól morska
Świeżo zmielony pieprz


Pomidora sparz gorącą wodą, obierz ze skórki, przetnij na pół, wyjmij wodnistą część a miąższ potnij w małą kostkę. W ten sposób otrzymujesz concasse ( chef’oskie określenie – prawda, że dodaje daniu powagi hehe). Potnij cukinię w kostkę zbliżonej wielkości do concasse.


Żeby zrobić rouille, zmiksuj blenderem czosnek, obrane ze skórki ziemniaki, chilli, szafran i żółtko (jeżeli używasz) dodając powoli oliwy, żeby uzyskać emulsję podobną w konsystencji do majonezu. Dopraw solą, pieprzem i sokiem z cytryny. Odstaw w ciepłe miejsce.


Rozgrzej łyżkę oliwy i połowę masła na patelni, dodaj szalotkę i podsmaż aż zmięknie. Następnie dodaj cukinię i smaż minutę lub dwie, dodaj concasse, podsmaż minutę i dodaj zioła. Przypraw solą i pieprzem. Odstaw w ciepłe miejsce.


Na rozgrzanej patelni usmaż filety. W międzyczasie stostuj pod grillem lub na patelni kromki bagietki. Posmaruj je rouille.


Na talerzu ułóż podsmażone warzywa a na nich rybę i tosty z rouille. Udekoruj czarną oliwką.


Smacznego!