Pokazywanie postów oznaczonych etykietą lekkie i szybkie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą lekkie i szybkie. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 5 maja 2013

Sałatka z grillowanych szparagów z marynowanym tofu i pesto z liści rzodkiewki


Mowa jest srebrem a milczenie złotem mówią ludzie. Gdyby tak było dawno siedzielibyście w mojej restauracji i zajadali się pysznościami rozdawanymi za darmo. Moje blogowe milczenie nawet mnie samego przeraża! Oczywiście nie oznacza to, że popadłem w jakiś niebyt, ależ skąd wręcz przeciwnie. Dzieje się dużo a nawet zbyt wiele ;)


Z gotowanie też tak bywa, że czasem im mniej go w gotowaniu tym lepiej. Szczególnie wiosną możemy sobie na to pozwolić a w zasadzie pozwolić składnikom mówić za nie same. Nie przeszkadzać im a broń boże ich swoją nadgorliwością nie zmarnować.


Dzisiejsza sałatka to taki głos ogródka. Posłuchajcie sami ;)

  
Sałatka z grillowanych szparagów z marynowanym tofu i pesto z liści rzodkiewki
(4 porcje)

250g tofu

Marynata:
Łyżka posiekanej bazylii
Łyżka posiekanego oregano
Ząbek czosnku (rozgnieciony i posiekany)
Skórka z ¾ +sok z ½ cytryny
4 łyżki oliwy z oliwek

Pesto:
1 duży pęczek rzodkiewki*
2 ząbki czosnku
Łyżka startego parmezanu lub grana padano
Łyżka płatków migdałowych
Skórka starta z ¼ + sok z ½ cytryny
4 łyżki oliwy z oliwek
Sól morska

2 pęczki zielonych szparagów**
Garść roszponki
2 garści liści młodego szpinaku

Wymieszaj ze sobą składniki marynaty, zalej nią pokrojone w kostkę lub plastry tofu i wstaw do lodówki na minimum godzinę.

Używając blendera lub robota kuchennego zmiel składniki pesto. Powinno być cytrynowo/pieprzne (od smaku liści rzodkiewki) i niezbyt gęste. Rzodkiewki potnij na ćwiartki lub plastry i odłóż na później.

Rozgrzej patelnię grillową. Smaż szparagi partiami przez 2-3 minuty. Chodzi o to, żeby nadać im lekko „przydymionego” smaku. Powinny być nadal chrupkie.

Wymieszaj roszponkę, szpinak i rzodkiewki, rozdziel na porcje. Dodaj marynowane tofu, grillowane szparagi i łyżkę pesto. Skrop odrobiną marynaty.

Smacznego!


* Z ładnymi, zdrowymi liśćmi.
** Odłam lub odetnij zdrewniałe końcówki.

środa, 13 lutego 2013

Rzeczy (nie) tak oczywiste


Tydzień temu dostałem zapytanie od dużego portalu czy mógłbym napisać felieton o Tłustym Czwartku. Czytaliście? Jeżeli nie to nie próbujcie wertować internetu bo go nie znajdziecie. Mam za to prośbę: pomyślcie dlaczego nie i wpiszcie swoją pierwszą myśl jako komentarz, może z tego wyjść niezła zabawa ;)


Przez lata mieszkania w Londynie zdążyłem się przyzwyczaić do tego, że w metrze panowie nie ustępują miejsca, wręcz przeciwnie, pośpiesznie zajmują je nie dając nawet szansy kobietom i starszym po czym udają, że śpią lub czytają gazetę, znad której tak naprawdę obserwują przedział. Bardzo często są to dobrze ubrani panowie z City w „światowej” wyobraźni uważani za dżentelmenów z manierami. Wyobraźnia czy też zakodowane skojarzenie podpowiada też melonik, niestety te są już rzadkością tak jak maniery, najczęściej ograniczone do częstego i automatycznie wypowiadanego „sorry” i „thank you”. Do dziś mam przed oczami mój pierwszy szok kulturowy, kiedy to pan w garniturze w paski ze skórzaną aktówką mknął przez Picadilly Circus pierdząc głośno i długo, bez żadnego skrępowania haha! Oczywiście nie miał melonika ;)


Jedni mówią, że to specyfika Londynu, że tutaj, każdy pozwala sobie na więcej „luzu” niż gdziekolwiek indziej. Drudzy mówią, że to równouprawnienie, demokracja i inne tego typu banały. Ja mówię, że są rzeczy tak oczywiste, o których się nie dyskutuje i nie reguluje, je się robi. Równouprawnienie to może być w płacach i dostępie do wiedzy czy władzy, ale bezinteresowne ustąpienie miejsca czy otwarcie drzwi to już różnica klasy, nie kasy.*

Czy już wiecie dlaczego nie ma mojego felietonu? Nie napisałem go, powiedziałem, że nie piszę o rzeczach oczywistych :)


Jutro Walentynki, więc oczywiście nic nie napiszę, ale dzisiaj robię wyjątek dla pięknych, oczywistych i tradycyjnych połączeń smakowych. Dla tego dania można nawet pozbyć się manier i oblizywać palce przy stole, najlepiej sobie nawzajem, pewnie już macie tą drugą osobę na myśli ;)

Sałatka z pomarańczy, kopru włoskiego i sardeli
(4 porcje)

2 główki kopru włoskiego
2 pomarańcze
3-4 filety sardeli w oleju
Garść (15-16) czarnych oliwek***
Łyżka posiekanych liści pietruszki
Sok z ½ cytryny
4 łyżki oliwy z oliwek
Sól morska (opcja)
Garść prażonych pekanów

Przetnij koper na pół wzdłuż a następnie potnij go na cienkie „piórka”. Używając ostrego noża obierz pomarańcze obcinając skórę razem z membraną a następnie potnij w cienkie plastry. Filety sardeli potnij w cienkie, podłużne paski a oliwki przepołów.

Wymieszaj w misce z sokiem z cytryny, oliwą i pietruszką doprawiając w razie potrzeby odrobiną soli.

Nałóż na talerze i posyp pekanami.

Smacznego!


* Nie narzekam na Londyn, Anglię czy Anglików bo niewielu ich zostało w Londynie. Mówię o ludziach, generalnie.
** Przepis to moja wariacja włoskiego klasyka.
*** Najlepiej bez pestek i marynowanych w ziołach a nie zalewie.

czwartek, 7 lutego 2013

Bo nie powinno się nic marnować…


Podobno seks na przeprosiny lub „na do widzenia” po zerwaniu jest najlepszy. Tak mówi towarzyska legenda, tak mówi Samantha z „Seksu w wielkim mieście”, tak słyszałem w piosence. Podobno chęć zatrzymania najlepszych wspomnień i brak obawy przed porażką powoduje totalne wyzwolenie i odkrycie nieznanych wrażeń, uczuć, odczuć i innych uniesień - podsłuchałem to kiedyś w barze, stąd wiem, chociaż nie mam pojęcia czy to prawda bo oni (różnej płci) między wierszami umawiali się na seks pocieszający. Nie namawiam nikogo do drastycznych eksperymentów, ale jeżeli są jacyś doświadczeni w tym względzie czytelnicy ( i czytelniczki oczywiście!- jak ja nie cierpię politycznej poprawności- haha!) ujawnijcie śmiało swoje przemyślenia ;)


Mój pokrętny tok rozumowania znalazł kuchenną analogię. W kuchni nic się nie marnuje, tak mówi mądrość ludowa, tak też jest. Po co od razu wyrzucać skoro można przerobić, zawsze mamy szansę wyrzucić kiedy to nowe danie będzie totalną klapą. Nie mamy nic do stracenia, możemy tylko zyskać i to według mnie jest kluczowym elementem całego procesu, który pozwala na stworzenie nowej jakości. Nie mając nic do stracenia działamy instynktownie dobierając składniki tak, żeby sprawiły nam jak najwięcej przyjemności i jak najbardziej zaspokoiły nasze potrzeby i żądze ;)


Dzisiejsze danie to dowód na to, że warto dawać szansę wczorajszym resztkom. Przeprosiłem jarmuż, orkisz i stary chleb na zakwasie, dodałem kilka innych składników, które były pod ręką i…cóż ja mogę powiedzieć… ach i och!


Smażona makrela, z sałatką orkiszową i delikatesowym sosem chrzanowym
(2-4 porcje)

4 filety makreli
1 mały pęczek liści jarmużu („z grubsza” pociętych, blanszowanych i osuszonych)
½ szklanki ugotowanego pęczaku orkiszowego
1 mała czerwona cebula (cienkie krążki)
1 marchewka (cienkie słupki)
1 łyżka soku z limonki
2-3 łyżki oliwy z oliwek
Sól morska
Świeżo zmielony pieprz
Olej do smażenia

Sos chrzanowy:
150ml jogurtu greckiego
¼ ogórka (startego na dużych oczkach)
1 łyżka miodu
2 łyżki kaparów (delikatnie posiekanych)
2 łyżki świeżo tartego chrzanu*
Sok z ½ limonki
Sól morska
Świeżo zmielony pieprz

4 kromki chleba na pszennym zakwasie
Ząbek czosnku

Zrób sos chrzanowy mieszając ze sobą wszystkie składniki.

W misce wymieszaj jarmuż, orkisz, cebulę i marchewkę. Polej oliwą i dopraw solą, pieprzem i sokiem z limonki.

Podgrzej 2 łyżki oleju (nie powinien być bardzo gorący) na dużej patelni, połóż osuszone filety skórą do dołu. Zwiększ ogień do średniego i smaż przez 3-4 minuty aż brzegi filetów zaczną nabierać złocisto-brązowego koloru, wtedy przewróć na drugą stronę i kontynuuj smażenie przez 1-2 minuty. Ryba w dotyku powinna być twardo-elastyczna co oznacza, że jest usmażona i nadal soczysta.

W międzyczasie podgrzej chleb na grzanki w piekarniku lub pod grillem. Przed położeniem na talerze posmaruj brzeg kromki czosnkiem a następnie nałóż sałatkę, usmażony filet makreli i łyżkę sosu chrzanowego.

Smacznego!


* lub ze słoika

piątek, 14 września 2012

Sałatka z figami, fenkułem i kozim serem

Nie będę Was dzisiaj zamęczał żadnymi opowieściami. Niech sałatka broni się sama.


Jest piękna (cóż za skromności haha!), delikatna, krucha i świeża a jednocześnie pełna charakteru jak… zbuntowana młodzież ;)) a reprezentuje jesień, no dobra koniec lata :)



Sałatka z figami, fenkułem i kozim serem
(4 porcje)

2-3 łyżki miodu lawendowego*
50g łuskanych orzechów włoskich
6-8 dojrzałych fig**
1 duży fenkuł
Pęczek rzodkiewek
100g miękkiego koziego sera
2 garści liści mieszanych sałat
4 łyżki oliwy z oliwek
4 łyżki soku z limonki

Rozgrzej piekarnik 150ºC.

W rondlu podgrzej miód (nie gotuj), wrzuć orzechy i wymieszaj, żeby równomiernie się nim pokryły. Przełóż na blachę wyłożoną pergaminem i wstaw do piekarnika na 12-15 minut. Wyjmij, przełóż na nową blachę i poczekaj aż ostygną i miodowa glazura stwardnieje.

Potnij figi na 4-6 części a fenkuł i rzodkiewki na cienkie plastry***.
W misce wymieszaj liście sałaty z fenkułem i rzodkiewkami, polej oliwą i skrop limonką. Rozdziel na porcje, na każdej kładąc porcję fig, sera i orzechów.
Smacznego! Prosto, świeżo, chrupiąco i orzeźwiająco. Ostatni oddech lata ;)

* Rozgrzej (nie gotuj) 300g miodu w rondlu, wrzuć 4-5 kwiatów/łodyg lawendy i odstaw do ostygnięcia.
** Często do tej sałatki karmelizuję figi z miodem w piekarniku.
*** Wrzuć do miski z zimną wodą to spowoduje, że nie ściemnieją a dodatkowo nabiorą chrupkości. W takim stanie możesz je przechowywać w lodówce przez 2-3 dni.

środa, 25 lipca 2012

Sałatka doprawiona intuicją

Ostatnio często słyszę pytania: „w czym się specjalizujesz?”, „jakie jest Twoje gotowanie?”, „jak wyglądałoby Twoje idealne menu?”, „jak byś określił swój styl?”. To pytania z pozoru łatwe, wręcz naturalne, ale nie lubię na nie odpowiadać. Wiem, że ludzie wolą wiedzieć jak kogoś skatalogować, na którą półkę włożyć, to wiele ułatwia, niestety moja odpowiedź najczęściej ich zaskakuje. I nie jest to odpowiedź wymijająca, próbująca coś ukryć, jest zaskakująca, ponieważ odbiega od obecnie obowiązującego, sformatowanego sposobu myślenia, tabel, diagramów i ustalonych przez kogoś na górze gotowych, najlepszych rozwiązań. Jest bardzo krótka, esencjonalna ;)


Po pierwsze specjalizuję się w gotowaniu a po drugie (jeżeli punkt pierwszy to za mało) nazywam je wielkomiejskim gotowaniem inspirowanym podróżami. Może enigmatycznie, zbyt PR-owsko, ale inaczej tego nie mogę określić – to mi w duszy gra. Nie tworzę super-oryginalnych cudów fine dining czy haute cousine, jak kto woli, po prostu gotuję rzeczy, które sam chcę z przyjemnością jeść. Korzystam z wielu źródeł inspiracji, dobrych składników a dodatkowo mam non-stop otwarte oczy i uszy i chłonę…


Nie trzymam się jednego stylu, bo wtedy gotowanie traci swojego ducha, staje się sługą konwencji. Tak jak kurczowe trzymanie się receptury, które jest odtwarzaniem, często pysznym, ale tylko procesem wtórnym. Ktoś kiedyś użył określenia gotowanie intuicyjne i chyba do tego jest mi najbliżej. Wtedy jest radość, świeżość, smak i odrobina nas samych w potrawie :)


Dzisiejsza sałatka to przykład takiego „gotowania”, znane smaki połączone w jedno danie. Świetna na lunch w upalny dzień, polecam!


Sałatka z cukinii marynowanej curry z pistacjami
(2-4 porcje)

2 cukinie (400-450g razem)
1 ząbek czosnku (drobno posiekany)
½ czerwonej papryczki chilli (drobno posiekane)
1-2 łyżeczki łagodnego curry w proszku
Sól morska
Świeżo zmielony pieprz
2 łyżki oleju rzepakowego
Sok z cytryny (do smaku)
50g rukoli
20g pistacji (drobno posiekanych)


Potnij cukinie na podłużne paski przy pomocy obieraczki do warzyw, wrzuć do miski i dodaj czosnek, chilli, przyprawy, olej i sok z cytryny. Wymieszaj i odstaw na 10-15 minut. Kiedy cukinia „zmięknie” dodaj rukolę, wymieszaj i dopraw ostatecznie (jeżeli jest taka potrzeba). Nałóż na talerze i posyp pistacjami. Podawaj z grzankami z natartymi pomidorem.

środa, 25 kwietnia 2012

Mięsne historie bez cenzury


Mam dzisiaj przepyszne danie i … straszną chandrę. Dół jak Rów Mariański. Nie wiem co z tym zrobić, mam to tak rzadko, że nie wyrobiłem sobie jeszcze mechanizmów obronnych. Jako dziecko czy nastolatek nie uciekałem do lasu albo do domku na drzewie, żeby je przetrzymać. Domek na drzewie to ja z kolegami budowałem, żeby spokojnie oglądać w nim niemieckie gazetki, które tata jednego z chłopaków chował przed nami w górnej szafce segmentu, pod wyprasowanymi obrusami.


Oczywiście poza tym domek na drzewie był naszą bazą, centrum dowodzenia i obserwacji, nieważne, że z widokiem na łąkę, brzozowy las i pole kartofli. Czasami coś przykuwało uwagę i dosiadaliśmy wtedy nasze pomalowane w płomienie rowery i pędziliśmy rozwiązać niezwykle ważną zagadkę, albo sprawdzić odwagę w pojedynku z rogatym baranem. Polegało to na podejściu jak najbliżej bez zostania zaatakowanym, a w przypadku niecierpliwości zwierzaka lub jego właściciela- jak najszybszej ewakuacji! Wiem, że to zabawy archaiczne, to może niestety zdradzać również mój wiek, ale zaręczam (zwracając się do najmłodszych ha!ha!), że wbrew pozorom wymagały one nie lada wyobraźni i…teraz rozumiem co oznacza powiedzenie „kiedyś to były czasy…”.


Piję więc czerwone wino, słucham Jonny’ego Cash’a i żałuję, że piszę w komputerze i nie mogę zostawić czerwonego kółka na papierze na pamiątkę tego dnia. Przecież takie dni też są potrzebne, wprowadzają równowagę (czy wiecie jak długą listę rzeczy dzisiaj przemyślałem?), zwalniają nam tempo. Jak popołudniowa wycieczka nad jezioro w głębi lasu w pierwszych, ciepłych dniach wiosny, kiedy słychać ciszę i echo głupich odgłosów ze skrzypiącego pomostu. Wiem, że jutro wszystko wróci do normy, tak jak zawsze wiedziałem, że zdążymy wyjechać z lasu zanim zrobi się naprawdę ciemno.


Bez takich dni życie byłoby jak chude mięso- piękne, nieskazitelne, łatwe do pokrojenia i przeżucia, ale czy najsmaczniejsze? Trochę jak opowiadanie zbereźnego kawału księdzu po kolędzie, zamieniając wszystkie brzydkie słowa grzecznymi. Ja wolę te marmurkowe, przeszyte „żyłkami” tłuszczu, doświadczone ruchem kawałki jak kark, karkówka czy łopatka, które smakiem chętnie opowiadają nam swoje historie bez cenzury, dzieląc się wszystkimi szczegółami.


Podwójnie marynowany karczek jagnięcy w koperku z oliwą cytrynową i zielonym groszkiem ze świeżymi ziołami
(4-6 porcji)

1kg karczków jagnięcych (filet z karku) lub po prostu karkówki
Olej do smażenia

Marynata I (przed smażeniem):
4 ząbki czosnku
3 łyżeczki soli morskiej
1 pęczek koperku
6 łyżek oliwy z oliwek
Skórka starta i sok z 2 cytryn

Marynata II (po smażeniu)*:
2 ząbki czosnku
Szczypta soli morskiej
6 łyżek oliwy
Sok z ½ cytryny
Pęczek koperku

Zielony groszek ze świeżymi ziołami
500g groszku (może być mrożony)
Łyżka oleju
Łyżka masła
Woda lub lekki bulion z kurczaka
1 ząbek czosnku (drobno posiekany)
1-2 szalotki (krążki)
Skórka z ½ cytryny
Garść czosnku niedźwiedziego (z grubsza pocięty)
Koperek (z grubsza pocięty)
Pietruszka (z grubsza pocięty)
Sól morska
Świeżo zmielony pieprz
100g sera feta

Oczyść mięso z nadmiernego tłuszczu, błon i żył a następnie podziel na kawałki o wadze ok.200g

Zrób pierwszą marynatę. Utrzyj czosnek i sól w moździerzu i dodaj pozostałe składniki marynaty.

Zalej mięso marynatą i wymieszaj, żeby mięso było równomiernie pokryte. Przykryj i odstaw do lodówki na minimum 6 godzin, najlepiej 12.
Rozgrzej piekarnik do 220ºC. Wyjmij mięso z marynaty i osusz ręcznikiem papierowym. Zrób drugą marynatę (w międzyczasie mięso lekko się ogrzeje co ułatwi smażenie) i odstaw ją w ciepłe miejsce. Rozgrzej mocno 2 -3 łyżki oleju na patelni obsmaż mięso przez 3-4 minuty z każdej strony (uważając żeby nie przypalić) aż będzie skarmelizowane, następnie wstaw do piekarnika na 7 minut (powinno być wtedy średnio wysmażone). Wyjmij mięso, włóż do marynaty i obtocz nią lub polej, odstaw na ok. 10 minut w
ciepłe miejsce.

W międzyczasie przygotuj groszek. Podsmaż na oleju szalotkę i czosnek przez 2 minuty, żeby szalotka zrobiła się szklista, ale nie miękka, dodaj masło, groszek i kilka łyżek wody lub bulionu. Wymieszaj i podgrzej przez 2-3 minuty, dodaj zioła i dopraw solą i pieprzem.

Potnij mięso w grube plastry, podawaj z zielonym groszkiem posypanym skruszoną fetą.

*Druga marynata jest tylko odświeżeniem i uzupełnieniem smaku, dlatego nie musi być taka słona i kwaśna.

sobota, 17 grudnia 2011

Sałatka z Marokiem w tle

To był gorący tydzień w połowie grudnia. Zaliczyłem planowane i nie planowane Xmas Party, szczególnie to piątkowe było świetne- manager restauracji zapomniał nas o nim powiadomić :)) Dopiero kiedy odświętnie ubrani uczestnicy zaczęli schodzić się z prezentami, kogoś oświeciło… ale to dla takich momentów pracuje się w gastronomii – darmowy zastrzyk najczystszej adrenaliny! Hahaha! Poza tym kupiłem choinkę, przeziębiłem się i zerwałem współpracę z Traveleros.pl. Niezły bilans prawda? I trochę na przekór trendowi przepisów stricte-świątecznych, proponuję sałatkę, która mimo egzotycznego zabarwienia doskonale odnalazłaby się na świątecznym stole…no i oczywiście wiąże się z historią ;))


Mój marokański współpracownik (tak, tak to wciąż ten sam) co roku jeździ na sześciotygodniowe wakacje do Maroka. Jest Berberem urodzonym i wychowanym w Marakeszu i mimo prawie dwudziestu lat spędzonych w Europie zachował większość codziennych zwyczajów, przyzwyczajeń i diety. Pije dużo „marokańskiej” miętowej herbaty, nie używa sztućców i nie odmawia pomocy. Ogląda arabskie wiadomości i piłkę nożną z całego świata przez „dostosowany” przez przyjaciela dekoder, siedząc na kanapie sprowadzonej z Maroka.


Po przyjściu do pracy zawsze uaktualnia moją wiedzę na temat stanu ligi angielskiej, ligi mistrzów, najlepszych (czytaj najtańszych) taryf i promocji telefonów i innych urządzeń elektronicznych. Wracając z wakacji przywozi nam bardzo egzotyczne upominki, które można uznać za… upominki i włożyć do szuflady z napisem upominki a olej arganowy, który mógłby nam się przydać, musimy kupować tutaj za ciężkie pieniądze. Mówi, że nie ma sensu ciągnąć go taką drogę skoro nawet tam nie ma już pewności czy będzie stu procentowo czysty. Na uwiarygodnienie swojej tezy dodaje – „ Wiesz, w Maroko wszystko teraz jest jak w Europie…” - cokolwiek ma to znaczyć ;)

Nie muszę dodawać, że kiedy zobaczył butelkę organicznego oleju arganowego w kuchni, najpierw wyskoczył mu na twarz dumny uśmiech zadowolenia a potem padło pytanie: - „ To 100% ?...hm, raczej nie…”. – „To Berberska specjalność, następnym razem kup u kobiet które go wyciskają i porównamy”- odpowiedziałem.


Póki co, używając tego podejrzanego składnika wymyśliłem jedną z lepiej sprzedających się sałatek na moim menu. Jest bardzo klasyczne połączenie, które dzięki użyciu oleju arganowego dostało zupełnie nowego wymiaru.

Sałatka z rukwii wodnej z burakiem, kozim serem, przepiórczymi jajkami i dresingiem arganowym
(4 porcje)

100g rukwii wodnej
100g mieszanych liści sałat
100g miękkiego koziego sera
4-5 upieczonych/gotowanych małych buraków pociętych w cząstki wielkości kęsa
8 ugotowanych na miękko jaj przepiórczych przeciętych na pół
50g orzechów laskowych
1 awokado (opcja)

Dresing:
2 łyżki oleju arganowego*
2 łyżki oleju słonecznikowego
4 łyżki soku z cytryny
Sól morska
Świeżo zmielony pieprz

Rozgrzej piekarnik do 180ºC.
Piecz orzechy przez 8-10 minut lub do momentu aż będą złocisto-brązowe. Wyjmij, ostudź a następnie przełóż na czystą ścierkę, zrób „zawiniątko” i i ściśnij je kilkakrotnie, żeby zetrzeć skórki. Czyste orzechy poprzecinaj na pół i odłóż na później.

Zrób dresing mieszając ze sobą oleje i sok cytrynowy, dopraw do smaku.

Zaaranżuj ze sobą wszystkie składniki i polej dresingiem. Podawaj jako indywidualne porcje lub jako kolorową, pyszną i aromatyczną „misę sałaty.”

* Uwaga dla arganowych nowicjuszy. Jeżeli chcesz, zwiększ lub zmniejsz ilość oleju arganowego. Ze względu na jego mocny smak radzę pozostać przy podanych proporcjach.

środa, 6 lipca 2011

Racuszki cukiniowo-kukurydziane z fetą i jogurtem różanym

Młodzi faceci często unikają rozmów o stosunkach damsko-męskich a kiedy już podejmą temat ich machoizm gra pierwsze skrzypce. Są … mówiąc delikatnie, atawistycznie nastawieni do tematu, ale najczęściej to tylko fasada, pod którą można znaleźć więcej treści. Racuch potrafił wprowadzić w zakłopotanie wielu z naszych bardziej wstydliwych kolegów. Jego opowieści i maksymy były zawsze bardzo dosadne i pozostawiały niewiele miejsca na romantyczne wyobrażenia. Często powtarzał, że kiedy zacznie starać się o dziecko to przez pół roku codziennie, parę razy dziennie będzie jadł jogurt i wtedy NA PEWNO będzie miał syna! I ma syna:)


Dzisiaj mam dla Was racuszki (dużo bardziej romantyczne niż tezy mojego kolegi), które w połączeniu z różanym jogurtem tworzą paletę smaków porównywalną do prawdziwego romansu;)


Racuszki cukiniowo-kukurydziane z fetą i jogurtem różanym
(5-6 porcji)

400g zielonej cukinii
1 kolba kukurydzy
2 średnie jajka
100g mąki
5g proszku do pieczenia
5 daktyli +2 do dekoracji (pocięte w małe cząstki)
100g sera feta
Sól morska
Świeżo zmielony pieprz
Olej do smażenia

Jogurt różany:
300g jogurtu greckiego
4-5 łyżek wody różanej
3-4 łyżki miodu
8 liści mięty (porwane na małe cząstki)+ kilka do dekoracji
Sok z cytryny (opcja)
Płatki „niepryskanej” róży do dekoracji

W misce zetrzyj cukinię na dużych oczkach tarki, zetnij ziarenka kukurydzy z kolby, dodaj jajka, mąkę i proszek do pieczenia, przypraw solą i pieprzem i wymieszaj. Wrzuć pokruszoną fetę i daktyle, wymieszaj. Usmaż na rozgrzanym oleju próbny placuszek. Dopraw do smaku, jeżeli jest taka potrzeba. Jeżeli używasz jednej patelni, usmażone racuchy możesz przechowywać przed podaniem w rozgrzanym do 110-120ºC piekarniku.

Żeby zrobić jogurt różany wymieszaj ze sobą wszystkie składniki oprócz płatków róży i soku z cytryny. Spróbuj, powinien być zbalansowany, smaki powinny się uzupełniać, żaden nie powinien dominować. Jeżeli uważasz, że któregoś ze składników jest za mało, dodaj więcej. Dużo zależy od kwasowości jogurtu bazowego. Ja dodaję odrobinę soku z cytryny dla ożywienia smaków.

Sposób podania zależy od Ciebie, moją wersję już znasz:)

wtorek, 28 czerwca 2011

Surówka z wyższych sfer...nie-bieskich

Rzodkiewki wyrwane z grządki i higienicznie wytarte w spodnie, truskawki zerwane z krzaka (miałem jazdę na te zielone, które były miękkie, ale brakowało im dnia lub dwóch do całkowitej dojrzałości), kolby kukurydzy z pola przy drodze, maliny i jagody zebrane w lesie…


A wieczorem pieczone ziemniaki i kiełbaski z ogniska popijane Cinzano i Martini Bianco kupionymi w Pewexie przez przebojowe koleżanki z Erefenu**, którym pokazywaliśmy konstelacje i spadające z nieba gwiazdy. To wspomnienia mojej wakacyjnej diety. No, ale wtedy mieliśmy góra piętnaście lat… Teraz warzywa wypada jeść w trochę bardziej wyrafinowanej formie, szczególnie w towarzystwie ;))


Rzodkiewki, seler i Pecorino w truflowym dresingu
(4 porcje)

1 łyżka białego oleju truflowego
5 łyżek oliwy z oliwek (extra-virgin)
1 łyżka białego octu balsamicznego
Sok z ¼ cytryny
Sól morska
Świeżo zmielony pieprz
8-10 rzodkiewek
½ białej rzodkwi
50-60g obranego korzenia selera
50g sera Pecorino Romano lub Parmezanu
6 łyżek pestek granatu
Mała garść listków natki pietruszki

Zrób dresing mieszając ze sobą oleje, ocet i sok z cytryny. Dopraw solą i pieprzem.

Warzywa przygotuj tuż przed podaniem. Potnij je bardzo cienkie plastry, używając obieraczki do warzyw potnij ser (lub „zestrugaj” go nożem) i wrzuć składniki do miski. Dodaj pestki granatu i listki pietruszki, wymieszaj delikatnie i polej dresingiem. Podawaj z grzankami natartymi czosnkiem.


*Przepis Jacob Kenedy- szef kuchni Boca di Lupo w Londynie.
**Info dla młodszych czytelników Erefen=RFN=Niemcy Zachodnie.

poniedziałek, 6 czerwca 2011

UFO...

…a właściwie uufff!!!oochhhhhh! Nareszcie!! Wakacje!! Co prawda tylko pozorne, bo prawie od razu muszę ruszać z pisaniem pracy końcowej, ale najważniejsze, że przez następne trzy miesiące będę mógł mieć dwa dni wolne w tygodniu :)


Na początku, jednak, chciałem się do was zwrócić z pytaniem/apelem : Czy Wy też macie problem z zamieszczaniem komentarzy na blogach? Wiem, że jest nas przynajmniej kilka osób, ponieważ mieliśmy małą konwersację na facebooku, ale chciałbym określić skalę i oczywiście rozwiązać problem. W moim wypadku dotyczy to tych, które mają okienko komentarza bezpośrednio pod komentarzami (nie wyskakujące w innym okienku) i weryfikowane hasłem obrazkowym. Wygląda to tak: po wpisaniu komentarza i weryfikacji obrazkowej system przenosi mnie na stronę logowania w bloggerze, po zalogowaniu komentarz ukazuje się jako anonimowy z kolejną prośbą o weryfikację i tak w kółko. Macie jakieś sugestie?


Pozostając w sferze euforyczno-zagadkowej chciałbym Wam polecić eksplodującą smakiem i orzeźwiającą sałatkę truskawkowo-pomidorową. Przyznaję, to nic nowego i odkrywczego, kombinacja przetestowana wiele razy, ale w wypadku tej sałatki składniki są ta dobrane, że każdy kęs to jak skok z pomostu do jeziora… Jest przyjemna słodycz, jest kwaskowate orzeźwienie i jest umami, które powoduje, że chcemy się zanurzyć, znaczy zjeść jeszcze trochę i jeszcze i jeszcze… ja dodatkowo odleciałem w kosmos! ;)

Sałatka pomidorowo-truskawkowa z wiórkami parmezanu
(4 porcje)

400g truskawek (bez szypułek)
400g pomidorków cherry
Sól morska
Świeżo zmielony pieprz
3 łyżki octu balsamicznego
1½ łyżki cukru
5-6 łyżek oliwy z oliwek
Garść wiórków (cienkich plasterków) parmezanu
10-12 listków bazylii

Potnij truskawki na ćwiartki a pomidorki na połówki, wrzuć do miski i przypraw solą i pieprzem. Rozpuść cukier w occie balsamicznym, dodaj oliwę i lekko wymieszaj. Polej powstałym dressingiem sałatkę, posyp wiórkami parmezanu i pociętymi „z grubsza” lub porwanymi liśćmi bazylii. Podawaj natychmiast. Soki polecam wyjadać grzanką czosnkową, mniammm.


Jest tylko jeden warunek, żeby sałatka się udała. Pomidory i truskawki muszą być dojrzałe i dobrej jakości.

poniedziałek, 7 marca 2011

Przedwiosenno-(wciąż)zimowy tabouleh

Gdybym kilka lat temu nie wiedział, że tabouleh pochodzi z Bliskiego Wschodu, byłbym w stanie uwierzyć, że jest amerykańskim klasykiem. Na prawie każdej domówce organizowanej przez znajomych Amerykanów, tabouleh zajmowała centralną pozycję w menu a jej obecność zawsze była podkreślana zapowiedziami i komentarzami. To na pewno moje osobiste i przesadzone spostrzeżenie, ale wyobraźcie sobie, że kilka różnych osób z tą samą świeżością i zaangażowaniem tłumaczy Wam, że zrobił/a tabouleh głosem, który wymusza w Was zachwyt i uznanie. Czasami miałem wrażenie, że chodzi o jakieś epokowe odkrycie jak wynalezienie penicyliny, koła czy potwierdzenie życia na Marsie (ups, zły przykład bo to akurat jest możliwe, mój szef jest na to żywym przykładem. Bywa tam regularnie ;)…*


Tabouleh to pyszna sałatka, ale w dalszym ciągu tylko sałatka. Prosta w przygotowaniu, o niezliczonej ilości wersji, jak nasz bigos, pozwalająca gotującemu na indywidualne jej kształtowanie. To w niej lubię, jest bardzo plastyczna, przez co doskonale nadaje się na wiele okazji. Jako danie samodzielne lub dodatek, niezależnie od pory roku. Dzisiaj przedstawię Wam moją własną wersję tabouleh, przedwiosenno-(wciąż)zimową. Oczekuję zachwytu i uznania hehehe!


Przedwiosenno-(wciąż)zimowy tabouleh
(4-6 porcji)

200g kaszy bulgur
2 łodygi selera naciowego pociętego w cienkie plastry
3-4 szczypiory (spring onions) pocięte w plasterki
1 mały pęczek natki pietruszki, z grubsza posiekany
½ małego pęczka mięty, z grubsza posiekanego
2 łyżki orzechów pecan (lub włoskich) z grubsza posiekanych
1 łyżka orzeszków piniowych
1 łyżka prażonych pestek dyni
1 granat (nasiona+sok)

Dresing:
1 ząbek czosnku, drobno posiekany
½ łyżeczki cynamonu
4 łyżki oliwy z oliwek
1 łyżka octu balsamicznego
½ łyżeczki miodu
Sok z granatu

Zacznij od przygotowania bulguru. Wsyp go do miski, zalej gotującą się wodą parę milimetrów ponad jego poziom i przykryj szczelnie pokrywką lub folią plastikową. Odstaw na pół godziny do żeby kasza napęczniała.

Zrób dresing mieszając ze sobą wszystkie składniki aż zamienią się w gęstą, „jednolitą” emulsję. Dodaj więcej miodu o ile uważasz to za stosowne.
Wymieszaj kaszę z pozostałymi składnikami i zalej dresingiem. Smacznego!

Zawsze uwielbiam pierwszy kęs tej sałatki. Taki bogaty w smaku i orzeźwiający. Mniammm…

* Proszę się nie gorszyć! Jego żona jest tego samego zdania:)

środa, 25 sierpnia 2010

Groszkowe racuchy z jajkiem w koszulce i syropem balsamicznym

Kilka tygodni temu jeden z moich kolegów zapowiedział, że przechodzi na wegetarianizm. Muszę przyznać, że nigdy wcześniej nie widziałem go jedzącego więcej mięsa niż po podjęciu decyzji o przejściu na dietę jarską…ha!ha!ha!

Myślę, że gdybym był nim i podjął decyzję o jedzeniu mięsa, moim ulubionym lunchem lub nawet śniadaniem byłyby groszkowe racuchy z jajkiem w koszulce i syropem balsamicznym.


Groszkowe racuchy z jajkiem w koszulce i syropem balsamicznym
(4 porcje)

350g zielonego groszku
2 łyżki mąki kukurydzianej
1 jajko
1 podsmażona szalotka
Sól morska
Świeżo zmielony pieprz
Masło
Olej do smażenia

Jajka w koszulkach
4 jajka
3 łyżki białego octu winnego
Syrop balsamiczny
4 łyżki oliwy z oliwek extra virgin
2 łyżki posiekanego szczypiorku
100g pędów groszku lub kiełków

Ugotuj groszek w osolonej wodzie przez kilka minut. W międzyczasie podsmaż szalotkę. Odcedź groszek i zmiksuj go blenderem z szalotką, mąką i jajkiem aby uzyskać puree. Posól i popieprz. Wymieszaj dokładnie.

Rozgrzej trochę oleju na patelni, dodaj masło. Kiedy masło się pieni, nałóż łyżką puree formując małe racuszki (ok. 8 mm grubości) i usmaż z obu stron. Odsącz na papierze kuchennym i przełóż na blachę do pieczenia.

Zagotuj wodę w szerokim rondlu, posól i dodaj ocet winny. Przygotuj czystą, wilgotną ścierkę. Jajka wlej do małych pojemniczków (mogą być filiżanki espresso). Wrzuć (jedno po drugim) jajka na gotującą się wodę i zmniejsz ogień, żeby woda „ledwo bulgotała”. Gotuj przez 5 minut. Wyjmij na wilgotną ścierkę.

W międzyczasie odgrzej racuchy w piekarniku nastawionym na 110ºC przez minutę lub dwie.

Zrób syrop balsamiczny gotując kilka łyżek octu balsamicznego, odparowując go do konsystencji syropu.

Zaaranżuj na talerzach racuchy i jajka, polej oliwą i syropem balsamicznym. Posyp szczypiorkiem i kiełkami.


* Przepis – Bruno Loubet; małe modyfikacje- ja.

środa, 11 sierpnia 2010

Popcorn dla dorosłych

Myślę, że to nałóg. Od kiedy pamiętam oglądam filmy. Dużo filmów. Kiedyś chciałem w nich grać, ale nie złożyłem nawet dokumentów do filmówki. Może dlatego teraz jestem kucharzem a nie kelnerem lub barmanem. W końcu to aktorzy są najlepszymi kelnerami a niektórzy z nich są też dobrymi aktorami, jak pokazuje przykład jednego z naszych byłych pracowników, który został Bondem. Jamesem Bondem*…, ale nie o tym chciałem mówić.


Nie wiem jak Wy, ale ja dzielę filmy na te, do których wracam, te, które doceniam, ale niekoniecznie oglądam po raz wtóry i te, które pomijam. Trochę to pokręcone, ale niestety jestem dość wybredny w swej niewybredności. Mam też nadzieję, że zgodzicie się z tym, że niektóre filmy trzeba (przynajmniej po raz pierwszy) oglądać w kinie.

Wyjście do kina to nie tylko oglądanie filmu na większym ekranie. To rytuał. Głęboki ukłon w stronę popkultury amerykańskiej. Popcorn. Jego chrzęst i zapach jest nieodzownym tego elementem. Bez niego wyjście jest nieważne a co najmniej niepełne.


Podobno popcorn wymyślili Indianie tysiące lat temu, wierząc, że dźwięk jaki wydaje ziarno zamieniające się w popcorn jest odgłosem uciekającego złego ducha. Podobno mieli też zabawę, która polegała na rzucaniu ziarenka kukurydzy na rozgrzany kamień i łapaniu wystrzelonego popcornu. Zgadnijcie co było nagrodą?

Popcorn fascynuje jednego z moich ulubionych chefów do tego stopnia, że poświęcił mu cały rozdział w swojej ostatniej książce.** Z doświadczenia wiem (bo drobno siekałem), że używa go również jako garnisz do deserów w swojej dwugwiazdkowej restauracji. Ponieważ mu ufam, musiałem wypróbować chociaż jeden przepis. Moim zdaniem, rewelacja!


Popcorn à la pesto
(duża micha)

85g popcornu
2-3 łyżki oleju słonecznikowego
25g startego Parmezanu
Listki z ½ pęczka bazylii
3 łyżki orzeszków piniowych
½ łyżeczki soli morskiej
4 łyżki oliwy extra-virgin
Drobno posiekaj orzeszki piniowe i listki bazylii.


Rozgrzej piekarnik do 165ºC. Rozsyp równomiernie parmezan na blasze wyłożonej papierem do pieczenia. Piecz przez 6 minut, wyjmij, lekko ostudź i drobno posiekaj.


Zrób pesto mix mieszając Parmezan z bazylią i orzeszkami i solą. Zrób popcorn a następnie odrzuć ziarenka, które się nie otworzyły. Podgrzej delikatnie oliwę z oliwek i polej nią popcorn. Dodaj pesto mix i dokładnie wymieszaj.

Spróbuj nie chrupać zbyt głośno.


* Daniel Craig pracował w Portobello Gold na początku lat 90-tych.
**Marcus Wareing „Nutmeg & Custard”.

niedziela, 1 sierpnia 2010

Kozia pyszotka

Dzisiejszy post będzie tak krótki jak przygotowanie dania, którego przepis jest parę linijek niżej. Krótki był również mój flirt z pionierami angielskiego rynku organic- Fresh & Wild, gdzie kilka lat temu pracowałem w tzw. centralnej kuchni przygotowując półprodukty dla ich sklepów. Było to zabawne parę miesięcy w towarzystwie ciekawych ludzi, których historie życia mogłyby przeciąć się tylko w kuchni lub na pirackim statku. Niestety Fresh & Wild już nie ma (zostało przejęte przez Whole Foods Market), ale podtrzymany został jego etos i wysokie standardy produktów a we mnie pozostał sentyment i kilku znajomych, którzy nadal tam pracują…


Parę tygodni temu wyskoczyliśmy z Izą na szybki lunch do Whole Foods Market przy High Street Kensington (polecam jako atrakcję turystyczną dla odwiedzających Londyn!) i wybraliśmy kilka przypadkowych rzeczy, na które mieliśmy ochotę. Dwie z nich, smażony kozi ser i brokuły w przyprawach, bardzo pięknie do siebie pasowały i postanowiłem je odtworzyć jako jedno danie następnego dnia. Była to lunchowa specjalność dnia. Przygotowałem 8 porcji, które sprzedaliśmy dla pierwszych dwunastu „stołów”.
Po raz kolejny klasyka pokazała dlaczego jest klasyką.



Smażony kozi ser z aromatycznymi brokułami
(4 porcje)

4x 80g koziego sera (miękkiego, do grillowania)*
Mąka
2 jajka
Bułka tarta
Sól
Świeżo zmielony pieprz
Olej do smażenia
Masło

Aromatyczne brokuły
250g brokułów (użyłem odmiany tender-stem)
1cm czerwonego chilli (plasterki)
Ząbek czosnku (plasterki)
Łyżeczka ziaren kolendry
6-8 ziaren zielonego pieprzu
Sól morska
Świeżo zmielony pieprz
Masło


Moim sposobem na gotowanie brokułów (i innych zielonych warzyw) jest gotowanie w niesolonej wodzie, która delikatnie „bulgocze” przez przez minutę lub dwie ( w zależności od ilości) i następnie schłodzenie w zimnej wodzie, żeby zahamować proces gotowania. W efekcie mamy świeżo wyglądające, ugotowane i chrupkie warzywo z pełnią smaku.

Ugotuj brokuły w powyższy sposób, odsącz i odstaw na bok.

Z trzech różnych pojemników (1-mąka, 2-przyprawione solą i pieprzem jajka i 3-bułka tarta) przygotuj „stację” panierowania. Zapanieruj kawałki sera. Rozgrzej patelnię na średnim ogniu, dodaj łyżkę oleju a za chwilę łyżkę masła. Kiedy masło pięknie bąbelkuje delikatnie dodaj zapanierowne serowe kotlety. Smaż około 2 minut z każdej strony uważając, żeby nie przypalić a otrzymać złocisty kolor.

W międzyczasie rozgrzej „na sucho” drugą patelnię i dodaj ziarna kolendry i pieprzu. Smaż je przez około minutę aż zaczną uwalniać aromat. Dodaj wtedy łyżkę masła (jeżeli temperatura jest zbyt wysoka- zdejmij patelnię z ognia na parę sekund) a następnie chilli, czosnek i brokuły. Smaż przez minutę lub dwie. Zamieszaj, żeby warzywa pokryły się aromatycznym masłem. Posól i popieprz.

Nie zapomnij o ulubionym winie. Całkiem ładnie komponuje się z Pinot Grigio Rose.


* Podana gramatura dotyczy wyłącznie porcji przygotowanej z sera, którego używałem. Ważne jest, żeby plastry były około 1-1½ cm grubości.

środa, 28 lipca 2010

Uden tylny z granatem

Pani Jadwiga (Heidwig) była najbardziej rozmowna i najbardziej zrozumiała z całej rodziny. Jej kuzyni niechętnie oddalali się od swojego podwórka. Nie tylko byli bardzo nieśmiali, ale także poświęceni swojej misji pracy na roli. Należeli do ginącego gatunku rodowitych Warmiaków mówiących gwarą. Nie utrzymywali wielu kontaktów sąsiedzko-towarzyskich, ale byli bardzo respektowanymi i poważanymi członkami lokalnej społeczności. Ich gospodarstwo było bardzo zadbane i pięknie położone na końcu wsi, pod lasem, który rozciągał się po dwóch stronach dolinki będącej przedłużeniem podwórza. Odwiedzając ich jako dziecko miałem wrażenie, że przenosiłem się w czasie i przestrzeni. Trochę jakbym trafił na plan filmowy „Chłopów”. Wszystko odbywało się tam zgodnie z naturalnym rytmem dnia, sezonu, roku. Jako nieliczni w okolicy hodowali owce…


Pani Jadwiga dażyła moją mamę dużym zaufaniem, przez co była dość częstym gościem w naszym domu. Któregoś razu zaraz po przyjściu wyjęła z torby zawiniątko i powiedziała (swoim cienkim, nieśmiałym, jakby od niechcenia głosem, patrząc, ale jednocześnie unikając spojrzenia) – „Pani Halinko to dla pani tutaj, bo wczoraj zwierzaka ubiliśmy i pomyślałam, że pani przyniosę...to uden tylny tutaj pani przyniosłam”. Mama podziękowała i schowała do lodówki a ja z bratem leżeliśmy ze śmiechu na podłodze, w pokoju obok, piszcząc do siebie: uden tylny, uden tylny.


Jagnięcina czy baranina nie gościły często na menu mojej mamy, więc nie przywykłem do jej smaku w dzieciństwie. Zaakceptowałem jej smak dopiero kilka lat temu ( nie od razu), ale dość szybko nadrobiłem zaległości i doceniłem jej walory zarówno smakowe jak i praktyczne. Jest to naprawdę bardzo wszechstronne mięso dające doskonałe efekty bez względu na zastosowaną technikę gotowania. Świetne z grilla, pieczone, smażone, czy gotowane.

Dzisiaj jagnięcina tak naprawdę będzie tylko tłem. Główną rolę zagra owoc granatu. Ta-BAM!!!


Sałatka-dressing z granatu
(4 porcje)


1 duży granat (pestki i sok)
25ml białego octu winnego
75ml oliwy z oliwek
½ czerwonej cebuli (drobno posiekanej)
5g liści mięty (drobno posiekanych)
5g liści natki pietruszki (drobno posiekanych)

Najlepszym sposobem jaki znam na wyjęcie pestek granatu jest przecięcie go na pół i „wybijanie” pestek przy pomocy drewnianej łyżki nad miską. Ułóż połówkę granatu przeciętą stroną na dłoni i jednocześnie lekko zgniatając uderzaj łyżką w skórę owoca.

Połowę pestek przerzuć do sitka ustawionego nad rondelkiem i wyciśnij z nich sok. Dodaj do rondelka również sok powstały przy „wybijaniu” owoców. Powinno być tego około 70ml. Zagotuj sok i zredukuj jego ilość o połowę na dużym ogniu.
Wylej powstały syrop do miski, dodaj pozostałą połowę pestek, resztę składników i dokładnie wymieszaj.


Pysznego smacznego!


* Przepis: Jason Atherton „Gourmet food for a fiver”.
** W książce Jasona Athertona ta sałatka jest częścią dania Stek z jagnięciny z granatem, awokado i chlebkiem pita, ale uważam, że doskonale może się sprawdzić z innymi (najlepiej czerwonymi) mięsami z grilla.

piątek, 28 maja 2010

Jak sardynki na toście

Najpierw pełne napięcia oczekiwanie na planowo opóźniony pociąg, potem taktyczna walka o miejsce a następnie rozluźnienie, szybki skan towarzystwa i w większości przypadków (ludzkich?) udawanie najpoprawniejszego z poprawnych obywateli-podróżnych.



Dawno nie podróżowałem polską koleją, ale pamiętam, że kiedyś miało to swój urok. Czasami wielki, szczególnie kiedy szczęśliwie udało się zająć miejsce siedzące i obserwować przez kilka godzin zachowania współtowarzyszy podróży.


W przedziale zawsze najpierw panowała lekka konsternacja a potem kanapki, napoje gazowane, napoje alkoholowe, płacz dzieci, babcie/dziadkowie namawiający podopiecznych do jedzenia zaraz po odjeździe ( jedz, jedz kochanie, bo to przecież 2 (!!!) godziny przed nami…), ktoś zasłonił się książką, ktoś zaczął jeść rybę zawiniętą w gazetę, ktoś udaje, że śpi… czy może Pan otworzyć okno, czy może Pan zamknąć okno…następna faza to szereg pytań osobistych…a wśród starszych współpasażerów poszukiwania wspólnych znajomych…


Bywało miło i słodko, bywało kwaśno, ale najczęściej tłoczno jak w puszce sardynek.

Żałuję, że nie robiłem notatek. Piękna książka mogłaby z tego powstać.




Świeże sardynki na toście (latem…)
(1-2 porcje)


4-6 świeżych sardynek
2 tosty z białego pieczywa
2 duże pomidory
1 duża szalotka lub pół czerwonej cebuli
2 łyżki odsączonych kaparów z zalewy
1 łyżeczka posiekanej natki pietruszki
Sok z ¼ cytryny
Sól morska
Świeżo zmielony pieprz
Oliwa z oliwek


Zacznij od przygotowania sardynek. Filetowanie lub jak kto woli usunięcie ości jest bardzo proste. Po usunięciu wnętrzności ułóż sardynkę między palcem wskazującym a kciukiem i przyciskaj kciukiem wzdłuż kręgosłupa co spowoduje odejście mięsa od kości a następnie delikatnie chwytając za głowę wyciągnij cały szkielet. Opłucz i wysusz ręcznikiem papierowym.


Usuń gniazda nasienne z pomidorów i pokrój miąższ w półcentymetrową kostkę a szalotkę i kapary pokrój „niedbale”.


Rozgrzej łyżkę oliwy na patelni i dodaj szalotkę i pomidory. Smaż na średnim ogniu przez 1-2 minuty. Dodaj kapary i smaż kolejne 2 minuty aż pomidory zaczną się rozpadać (ale nadal powinny mieć kształt kostki). Dopraw solą, pieprzem i sokiem z cytryny, wsyp natkę pietruszki i wymieszaj. Odstaw w ciepłe miejsce.


Rozgrzej łyżkę oliwy na drugiej patelni, połóż sardynki (skórą do dołu), posyp solą i pieprzem i smaż około minuty. Przewróć na drugą stronę i smaż następną minutę lub dwie. Kiedy gotowe, połóż je na tosty i wykończ danie mieszanką pomidorowo-kaparową.


Jedząc czuj się jak na wakacjach nad morzem…